Mieszkanie w kamperze – 1000 pierwszych dni!

Mieszkanie w kamperze – 1000 pierwszych dni!

Woo-hoo! – można by zakrzyknąć nieco z angielska – mieszkanie w kamperze – to już 1000 dni! Nie dochodźmy już może czy to jest pierwsze 1000 dni w kamperze, czy raczej ostatnie, bo w ciągu kilku minionych tygodni biłem się z myślami niejednokrotnie. W jakże dziwnych okolicznościach bowiem przyszło mi “świętować” ten niemały sukces …

Pandemia Covid-19 i home office w kamperze

Ostatnie trzy miesiące, to niemal stu procentowa izolacja. Nieustanne poszukiwanie słońca i dobrego zasięgu internetu mobilnego ze względu na pracę zdalną. Home office w kamperze, rozumiecie? Home … w kamperze … hehe… 🙂

Żyłowanie instalacji fotowoltaicznej, akumulatorów i przetwornicy do granic możliwości… Tak, dane mi było poznać te granice. Musiałem na przykład zadbać o dodatkową wentylację miejsca, którym znajduje się przetwornica, bo w bardzo ciepłe dni po jakimś czasie po prostu odmawiała współpracy. Tymczasem panele słoneczne ani razu nie dały z siebie 200W. Życie.

Do tego trzeba dodać bardzo złe samopoczucie psychiczne. Wychodziłem na zakupy raz w tygodniu. Również raz w tygodniu odwiedzałem stację benzynową. Więc widząc drugiego człowieka miałem ochotę podejść i się przytulić… Nie, to oczywiście żart, aż tak źle nie było, ale taka izolacja na 12 metrach kwadratowych, to naprawdę nie jest bajka. Momentami było naprawdę przytłaczająco.

W dodatku praca zdalna. Jeśli kiedyś mieliście okazję zasmakować home office, podczas którego faktycznie osiem godzin pracujecie, to wiecie, że w końcu zaczyna brakować tej świadomości wyjścia z pracy. Zupełnego odcięcia się. Mi czasem udało się wyłączyć komputer, niestety częściej nawet tego nie byłem w stanie zrobić, bo jeszcze ktoś prosił o pomoc przy stronie… Więc tak, to było trochę przytłaczające. Wstajesz i siadasz do pracy. Kończysz pracę i idziesz spać. Dramat.

Nocna próba włamania i inne atrakcje

Dokładnie tak. Wyobraźcie sobie, że trzech typów próbowało mi wejść o 2.00 w nocy do kampera. Spłoszyli się, oczywiście, ale było to trudne doświadczenie. Miałem później przez kilka dni duży problem z wysypianiem się w nocy. Byle szmer był w stanie postawić mnie na równe nogi, a ponownie zasnąć wcale nie było łatwo.

Nie będę pisał gdzie to miało miejsce, ale teoretycznie miało być ono całkiem bezpieczne: oświetlone, monitorowane… Cóż, monitoring okazał się (jak to niestety zbyt często bywa) zupełnie bezużyteczny. A fakt, że miejsce dobrze oświetlone być może zadziałał wręcz odwrotnie, bo z daleka było widać stojącego w nocy kampera. Szkoda, że moi nieproszeni goście nie byli zupełnie do tego przygotowani, zabrakło im wcześniejszej obserwacji by wiedzieć, że w środku ktoś stale przebywa.

W innym znów przypadku trzech młodych (i prawdopodobnie nieco “nagrzanych”) chłopców (18-25 l.) postanowiło sobie podejść do kampera i w niego uderzać przy okazji rzucając wulgaryzmami. W środku dnia. Podczas gdy ja pracowałem. Po prostu brak słów. Patologia. Trochę się zdziwili, gdy się do nich odezwałem z wnętrza, a chwilę później wyszedłem, aby dać dobitnie do zrozumienia, co wkrótce nastąpi jeśli nie zaniechają swoich praktyk.

Jak widać mieszkanie w kamperze ma swoje uroki. Wróćmy jednak do meritum.

Trzy lata w kamperze – czy naprawdę da się tak żyć na stałe?

Okazuje się, że można żyć, mieszkać i nawet w miarę normalnie pracować w kamperze. Ostateczny test, nieco wymuszony okolicznościami, udało mi się w mojej subiektywnej ocenie zdać celująco. W słoneczne dni energii mi nie brakuje. Znaczy prądu. Bo energii życiowej zaczyna brakować, jeśli jesteś “uwiązany” etatem czyli musisz pracować po 8 godzin dziennie. Tutaj widzę tylko jedno wyjście. Inna praca. W innym trybie. Bardziej akordowym. Może na własny rachunek. Może działalność gospodarcza? Anyway…

Kompletna izolacja podczas kamperowania, to po prostu życiowa tragedia. Współczuję osobom, które pandemia złapała np. na wakacjach w Europie. Z dnia na dzień zostali oni uwięzieni w swoich kamperach. Nierzadko całymi rodzinami. Myślę, że w takich warunkach nietrudno o “rozwód” zaraz po powrocie do normalności. Dwie, trzy, cztery osoby na 12 metrach kwadratowych? Brak możliwości korzystania z wakacji? Wyjścia, zwiedzania, piknikowania? Dramat! Wobec takiego scenariusza nie miałem najgorzej, a i tak było mi bardzo ciężko.

Doświadczenia ostatnich tygodni pokazały jednak, że mieszkanie w kamperze na stałe jest jak najbardziej możliwe. Mając dostęp do stosunkowo szybkiego internetu mogę pracować i żyć w podróży. Czy jednak to wchodzi w ogóle w grę w moim przypadku? Raczej nie. Ze względu na mojego synka. Nie pojedzie ze mną, a ogromnie by mi go brakowało. Już teraz wariowałem, gdy przez pewien czas z obawy przed nieumyślnym zarażeniem go wirusem ominęliśmy nasze weekendowe spotkania. Jeśli jednak ktoś nie ma tak skomplikowanej sytuacji rodzinnej, to polecam. Szczerze i z całego serca.

Mieszkanie w kamperze, a minimalne warunki techniczne

200W paneli na dachu oraz 1,2kWh w akumulatorze zapewnia sporą autonomię jeśli masz niewymagający sprzęt. Ja pracuję na Dell 7275, który w teorii pobiera około 30W. To niedużo, a nawet bardzo mało, jak na laptopa. Troszkę brakuje mi drugiego ekranu. Taki przenośny ekran 15″ pobiera około 5W, więc spokojnie jeszcze dałoby radę, ale to jest dość duży wydatek, na który aktualnie się nie zdecyduję. Może w przyszłości. Tobie oczywiście polecam 😉

Reszta urządzeń w miarę możliwości maksymalnie energooszczędne. Agregat pewnie i tak by się przydał, jeśli planujesz stać w zacienionych rejonach lub stoisz kilka dni przy dość pochmurnej pogodzie.

Zbiornik na wodę taki jak mój – 100 litrów, to raczej minimum na około tydzień. Toaleta jak najpojemniejsza. No i sprawna lodówka. Żeby nie jeść cały czas suchego prowiantu lub gotowych posiłków do zalania wodą.

Ale wracając… 1000 dni. Kiedy to zleciało? Sam się zastanawiam. Udało się. Jest fajnie. Może nie dokładnie tak, jak to sobie można wyobrażać, ale jest zaskakująco dobrze. Pandemię i całą auto-kwarantannę trzeba brać pod uwagę, jako pewne ekstremum, z którym przyszło mi się zmierzyć. Ta sytuacja tylko dowiodła, że da się żyć niemal zupełnie off grid. Nie licząc zakupów i tankowania paliwa oraz wody.

A teraz już przejdźmy już do zapowiadanego przeze mnie w jednym z poprzednich wpisów konkursu…

Konkurs

Niełatwe pytanie konkursowe brzmi:

Jakie maksymalne natężenie udało mi się uzyskać na przenośnym panelu turystycznym podczas “testu żarówkowego“?

Odpowiedzi na to pytanie proszę podawać w komentarzu pod tym artykułem. Zasady konkursu znajdziecie poniżej. Nagrodą główną w konkursie jest powerbank z możliwością wymieniania akumulatorów typu 18650. Przewiduję również nagrody niespodzianki. Pamiętaj o tym, aby podać w komentarzu poprawny adres email, w przeciwnym wypadku nie będę miał jak się z Tobą skontaktować i umówić się na odbiór lub wysyłkę nagrody.

Podpowiedź, która nic nie daje: ten panel ma moc maksymalną 15W i posiada dwa gniazda USB. Każde gniazdo maksymalnie daje 5V (napięcie) i 2A (natężenie).

Zatem do dzieła! Jak myślisz, co pokazał miernik?

Zasady konkursu

W teorii konkurs zakłada, że wygra osoba, która będzie najbliżej faktycznej wartości, ale ponieważ to mój konkurs, więc nie jest to takie oczywiste. Równie dobrze może wygrać odpowiedź najbardziej dowcipna (np.: “mogłeś zasilić elektrownię Rybnik i jeszcze by zostało”). Naprawdę, wszystko zależy ode mnie. No i od tego czy w ogóle weźmiesz udział w tym konkursie 😀 Pewnie będę brał również pod uwagę zaangażowanie w “projekt”, komentowane i udostępniane posty profilu na FB, obserwowanie projektu na instagramie, patronat … etc.

Kolejna sprawa, to czas. Umówmy się, że czas na udzielanie udzielanie odpowiedzi, to niedziela, 14 czerwca, 23.59. Natomiast czas na ujawnienie poprawnej odpowiedzi nastąpi do 24 godzin po tym terminie. Od tej pory będę miał do tygodnia na ogłoszenie zwycięzcy oraz ewentualnych odbiorców nagród niespodzianek 😉

Poniżej prezentuję zdjęcia dokumentujące prawidłowe rozwiązanie zadania konkursowego:

A zatem, miernik pokazał maksymalnie 0,005A i moc rzędu 0,025W, a w ciągu niemal 10 minut wygenerował 1mWh prądu 😀 Niczego tym nie zasilicie. Cud, że sam miernik się uruchomił! Kiedy zatem staniecie kamperem lub przyczepą w nocy pod latarnią i regulator paneli słonecznych pokaże wam na wyświetlaczu coś wskazującego na ładowanie nie wpadajcie od razu w zachwyt 😉

Tworzenie stron internetowych – przyjemność czy męka?

Tworzenie stron internetowych – przyjemność czy męka?

W wiadomościach prywatnych profilu Inaczej na FB pytacie mnie dość często, z czego mam zamiar się utrzymywać po rzuceniu pracy na etacie i wyruszeniu w podróż. Otóż mam nadzieję, że do tego czasu uda mi się rozkręcić moją działalność webdevelopera. Dziś opowiem więc trochę o procesie tworzenia stron internetowych.

Każdy, kto choć raz pracował przy komputerze (grafika, kodowanie, a nawet pisanie tekstów i tworzenie prezentacji) z pewnością zaliczył wszystkie stany. Począwszy od przyjemnego tworzenia czegoś od podstaw do nieznośnej męczarni nad najdrobniejszymi poprawkami. Tworzenie nowej strony internetowej, to zajęcie stosunkowo przyjemne. Tworzenie i edycja układów, bardzo kreatywne i satysfakcjonujące zajęcie. Dopracowywanie takiego projektu, to jednak zupełnie inna bajka.

Tworzenie strony internetowej, to nauka ścisła?

Kiedy kilka osób pracuje nad jednym projektem nietrudno o wpadki. Pozostawione na stronach wypełniacze (np.: “Lorem ipsum”) czy grafiki z napisem “placeholder“, to tylko niektóre ślady wskazujące na niedokończoną i nierzetelną pracę. Nie wskazują one jednoznacznie na dev-a, ponieważ on po prostu mógł nie otrzymać treści końcowych od odpowiedzialnych za to osób. W podręcznikowej sytuacji za grafiki odpowiada grafik, a za teksty copywriter. Niestety przy małych projektach najczęściej zdarza się tak, że za to wszystko odpowiada jedna osoba 🙂 Wtedy (ale nie tylko wtedy) pojawiają się “kwiatki” …

Najczęściej występują one w przypadku, kiedy Webdev nie sprawdzi (lub nie dopracuje) widoku mobilnego. Taki kwiatek można odnaleźć na stronie http://jednanamilion.com (nie moje “dzieło” oczywiście). Strona robiona (według stopki) w 2014 roku. Ciężko zakładać, że nikt od tamtej pory nie zauważył problemów, o których zaraz napiszę. Co ciekawe niedawno dokładano tam ofertę na planer, ale nadal błędów w widoku mobilnym nie poprawiono i możecie je sami zweryfikować. Wystarczy wejść na tę stronę na telefonie (lub na komputerze po otwarciu strony otworzyć konsolę deweloperską – w Chrome skrót Ctrl+Shift+I). Gdyby jednak udało się je w końcu poprawić prezentuję zrzuty ekranu, które wyraźnie wskazują na dwa główne błędy – niedopracowanie mobilnego menu oraz widoku treści:

Musicie przyznać, że te dwa elementy nie powinny pozostać niezauważone. W szczególności ten drugi, związany z ucinaniem tekstu (naprawdę nie ma jak się do niego dostać) może być naprawdę irytujący dla użytkownika końcowego. Brak polskich znaków diakrytycznych świadczy po prostu o braku dbałości. Pozostawienie w menu elementów po tzw. “dummy content” również spada na dewelopera. Do tego można dodać bardzo niedopasowane elementy tzw. white-space oraz przyciski bez wyśrodkowania dla urządzeń mobilnych. Tak pojawia się strona ewidentnie robiona “po kosztach”, a może i “po znajomości” przez osobę bez większego doświadczenia.

Na przykład w aplikacji TVP Sport na system Android docierającej do milionów odbiorców w tekstach można odnaleźć kod html. Ewidentny problem w zaczytywaniu treści z serwisu internetowego nie pomijający znaczników html. Oprócz tego aplikacja ma sporo innych błędów, ale chyba tylko ten jest z pogranicza programowania i tworzenia stron internetowych, więc pasował mi do wpisu 😉

W sumie wiele firm stosuje podobne rozwiązania i podobne błędy nie występują. Więc da się dopracować to tak, jak trzeba.

Inny przykład, to strona mobilna serwisu YouTube. Tutaj odbiorców można chyba liczyć w miliardach 🙂 A jednak przycisk “cofnij” się trochę rozjechał. Nie będę się nad tym rozwodził, bo zbyt dużo błędów w tym serwisie nie znajdziemy.

Być może opcja przekazywania opinii nie jest najczęściej używana. A może akurat wprowadzali zmiany? Ciężko powiedzieć. Google jednak z pewnością nie może narzekać na brak kompetentnych osób. Zapewne mają również stosowne środowisko pozwalające na testowanie zmian przed wdrożeniem – czym ja z reguły nie dysponuję 😉

Trochę wstyd przyznać, ale ja również często nie jestem do końca zadowolony z efektu końcowego na tworzonych przeze mnie stronach. Najczęściej wynika to z faktu, że Klient ma swoją wizję i ani na krok nie ustępuje, nie daje się przekonać żadnymi argumentami. Więc w końcu jest tak, jak on chce, bo przecież “klient nasz pan”! 🙂 Nie pozwalam sobie jednak na przedstawione wyżej niedoróbki.

Kontrola strony przed i po publikacji

O tym, jak istotne jest dokładne przejrzenie strony przed publikacją może świadczyć kolejny przykład. Na wersji opublikowanej możemy zobaczyć adnotacje deweloperskie, które – delikatnie rzecz ujmując – nie świadczą zbyt dobrze o tym producencie … Mianowicie jest tam prośba o zrezygnowanie z jednego akapitu dotyczącego bezpieczeństwa. Argumentowane jest to tym, że auto uzyskało jedną gwiazdkę w testach zderzeniowych. Znajdziemy też kilka innych adnotacji 😉 W każdym razie opublikowanie strony w takim stanie to jednak niemałe faux pas, na które większość przedsiębiorców nie może sobie pozwolić.

Znakomitym narzędziem do ciągłego monitorowania stanu naszej strony jest Google Search Console, które zapewnia nieocenione wsparcie. Również w kontekście dbania o jakość naszej strony na urządzeniach mobilnych. Na przykład jakiś czas temu na jednej z zarządzanych przeze mnie stron pojawiły się błędy: “elementy klikalne zbyt blisko siebie” oraz “treść szersza niż ekran”:

Powiadomienie przesłane na email pozwoliło szybko zareagować i poprawić problematyczne elementy. Dla mnie jest to o tyle istotne, że po “zrobieniu” strony, często oddaję ją w ręce zleceniodawcy, który we własnym zakresie uzupełnia kolejne treści. Jeżeli nasza współpraca się na tym nie kończy mogę szybko reagować, gdy ktoś wprowadzi na stronę treść owocującą błędami. A jeśli się kończy, to rekomenduję założenie konta i samodzielne monitorowanie stanu witryny 🙂

Czasem, gdy znajduję problem na stronie, którą po prostu przeglądam wysyłam wiadomość. Czasem uda mi się wysłać od razu gotowy kod poprawiający niedoróbkę. Takie skrzywienie zawodowe 🙂 Nie każdy skorzysta, bo nie każdy wie, jak i gdzie go wkleić. Poza tym nie wiadomo, do kogo to trafia. Może do Pani Jadzi z marketingu” i ona nie wie, co z tym zrobić? A jeszcze zobaczy kawałek kodu i stwierdzi, że to jakieś szatańskie, hakerskie zagrywki? 😉

Teraz tworzenie strony na WP często wygląda jak układanie klocków. Stronę buduje się z gotowych elementów i wydaje się to banalnie proste. Ktoś może stwierdzić, że każdy w takim razie może zostać Webdev-em. Ale jak przychodzi co do czego, to nawet wrzucenie kodu do monitorowania od Facebook-a czy Google urasta do rangi wielkiego problemu. Pora więc jasno odpowiedzieć na pytanie postawione na wstępie:

To w końcu “łatwe i przyjemnie”, czy jednak “droga przez mękę”?

Tworzenie stron internetowych może wyglądać na łatwe zajęcie. Tak jednak jest tylko pozornie. Przy wdrażaniu projektu czeka bowiem na nas wiele pułapek. Bez odpowiedniej wiedzy i doświadczenia ciężko będzie osiągnąć efekt końcowy zgodny ze wstępnymi założeniami. Dla mnie są to roboczogodziny spędzone przy komputerze. Często poświęcone analizie kodu i poprawianiu widoku mobilnego. Dlatego właśnie prąd w kamperze, to dla mnie niemałe zmartwienie. Od tego często zależy, czy uda mi się wprowadzić niezbędne poprawki na czas. Czasem wymagana jest pilna reakcja na powstały kryzys. Na przykład ktoś zaplanował akcję marketingową w Google Ads lub na Facebook-u, a strona się zepsuła. Kilka razy zdarzyło mi się również pomagać w ratowaniu strony po ataku hakerskim.

Słowem podsumowania mogę stwierdzić, że tworzenie stron internetowych (szczególnie w kamperze), to niełatwe zajęcie. Daje jednak sporo satysfakcji, gdy efekt końcowy spełnia oczekiwania 🙂

Jeśli potrzebujesz strony internetowej do prowadzenia bloga lub prezentacji portfolio. A może potrzebujesz stworzyć wizytówkę swojej firmy? Poznaj moją ofertę i skontaktuj się! 🙂