Panele słoneczne – ciąg dalszy historii … (część pierwsza)

Panele słoneczne – ciąg dalszy historii … (część pierwsza)

W jednym z moich poprzednich wpisów informowałem o tym, że chciałbym zainstalować sobie panele słoneczne do ładowania akumulatora pokładowego (zabudowy). To był notabene jeden z moich pierwszych wpisów, w którym informowałem o swoich ambitnych planach. (Jeśli nie czytałeś możesz zrobić to tutaj!) Z tego, co tam pisałem niewiele pokryło się podczas realizacji. Ale może zacznijmy od początku.

Plan był taki, żeby zamontować na dachu zestaw paneli dających 300W, do systemu podpiąć przetwornicę do 1000W z czystym sinusem … etc. Koszt całego systemu był dość duży, bo około 10 tys. zł. Zima pozbawiła mnie jednak dużej części oszczędności (ogrzewanie), więc musiałem znowu nieco je zregenerować zanim wznowiłem rozmyślania o montażu paneli słonecznych na dachu mojego kampera. Okazało się, że panele słoneczne (jak co roku) potaniały i mogłem już teraz wrócić do tematu. Znowu czekały mnie kalkulacje, przemyślenia i co najważniejsze – musiały zapaść konkretne decyzje.

Po kilku konsultacjach telefonicznych z mądrymi głowami zacząłem myśleć, że nie potrzebuję aż 300W, a przetwornica 1000W nie będzie mi niezbędna. Więc może lepiej skupić się na tym, aby nie trzeba było szukać prądu za każdym razem, gdy trzeba popracować na laptopie (trzeba Wam bowiem wiedzieć, że agregat zaczął lekko szwankować, ale nie o tym jest ten wpis). Tylko tyle było moim priorytetem na tę chwilę. A może powinienem napisać “aż tyle”?

Przy okazji chciałem od razu przebudować instalację, żeby akumulator umieścić wewnątrz pojazdu (mniejsze prawdopodobieństwo uszkodzenia przy skokach temperatury i przez niskie temperatury zimą). Miałem – prawie wolną – skrzynię pod jedną z kanap i tam postanowiłem umieścić akumulator (lub w przyszłości akumulatory), okablowanie, przetwornicę i byłoby jeszcze miejsce na przepływ powietrza do chłodzenia. Akumulator na pewno miałby tu lepiej niż pod nagrzewającą się od słońca maską, a temperatura zimą na pewno nie spadłaby poniżej zera.

Tak czy inaczej, chciałem już pociągnąć bardziej konkretnie ten temat. Poza tym, miałem już serdecznie dosyć kalkulowania i zastanawiania się:

Czy taka moc wystarczy?
Czy panele elastyczne, to najlepszy pomysł?
Może lepiej byłoby zamontować zwykłe, sztywne panele słoneczne?

Panele słoneczne – sztywne, czy elastyczne?

Sztywne panele słoneczne, to dodatkowe obciążenie dachu. Jeden panel, to waga około 45kg. Do tego system montażu. Przewiercanie się przez dach mogłoby wymagać dodatkowej pracy związanej z demontażem niektórych elementów zabudowy tj. szafki. Poza tym, chciałem montować to samodzielnie (redukcja kosztów), a stosuję do siebie zasadę ograniczonego zaufania w takich kwestiach. Panel sztywny musi się chłodzić, więc odstaje od dachu, a to może powodować, że przy silnych podmuchach (np. podczas jazdy) zamienia się po prostu w żagiel! Nie mam dwóch lewych rąk, ale nie chciałbym, żeby podczas jazdy taki panel oderwał się od dachu i spadł na inne auto, albo – co gorsza – na niespodziewającego się takich “atrakcji” przechodnia. Poza tym opory powietrza mogą dodatkowo podnieść spalanie, co w moim przypadku również nie jest bez znaczenia. Zatem postanowione, kupię monokrystaliczne panele słoneczne w wersji elastycznej. Mniejsza moc jednego panela, ale za to prostszy system montażu, z którym na pewno sobie poradzę. Będę miał mniej mocy z paneli, ale i to powinno wystarczyć.

Zacząłem więc znów poszukiwania w Internecie. I słusznie, bo udało mi się znaleźć coś naprawdę ciekawego: zestaw paneli słonecznych – oczywiście elastycznych – o mocy 200W, przygotowanych do montażu (z okablowaniem zakończonym już wtykami), ze sterownikiem i zestawem do montażu. Cena? 2 ooo zł z możliwością zakupu na raty. Czy to tanio, czy drogo? Dla jednych pewnie dobra okazja. Dla innych dramat – jak to może tyle kosztować? Ja jednak oceniałem to nie tylko przez pryzmat ceny, ale przede wszystkim tego, czy będę w stanie montaż u siebie wykonać samodzielnie. I byłem niemal pewien, że z tym zestawem dam sobie radę.

Paczka z panelami

Paczka z panelami

Co tu więcej mówić, zdecydowałem się na zakup. Panele słoneczne zamówione w czwartek dotarły do mnie już następnego dnia, tuż przed pracą. Zdążyłem jeszcze zrobić zdjęcie paczki i pojechałem do pracy. A ponieważ piątek spędziłem w pracy do godziny 21.00, więc prawdziwa zabawa zaczęła się dopiero nazajutrz …

Sobota

W sobotę zabrałem się za rozpakowanie przesyłki. Naklejki na paczce informujące o tym, że w środku jest delikatna zawartość nie napawały optymizmem. Mogłem jednak spróbować otworzyć paczkę wczoraj. W sobotę mogę mieć ograniczony kontakt ze sprzedawcą, gdyby coś było uszkodzone. Ale karton wyglądał dobrze, więc powoli zabrałem się za otwieranie.

Sterownik CXup20, przelotka dachowa oraz zestaw do montażu Sika

Sterownik CXup20, przelotka dachowa oraz zestaw do montażu Sika

W środku odnalazłem wszystkie niezbędne elementy. Dwa panele słoneczne o rozmiarach 122 cm x 50 cm, zestaw do przyklejenia Sika (aktywator, podkład, klej i jakieś akcesoria do czyszczenia powierzchni), sterownik Phocos CXup20, przelotka dachowa i 5 metrów kabla zakończonego wtykami. Podczas zamawiania tego zestawu wydawało mi się, że te pięć metrów wystarczy w zupełności. Nic bardziej mylnego!

Jeszcze tego samego dnia musiałem pojechać do sklepu z elektroniką po nieco dodatkowych elementów (kabel, gniazda bezpieczników, rurki termokurczliwe … etc.). Po powrocie postanowiłem zająć się przygotowaniem miejsca w środku pod akumulator i przeniesieniem go. Ku mojemu zaskoczeniu podczas tej operacji okazało się, że akumulator zabudowy ma pojemność 55Ah, a nie 75Ah, jak sądziłem. To by rzucało nieco światła na kwestię jego szybkiego rozładowywania.

Zanim jednak przystąpiłem do montażu paneli słonecznych na dachu zrobiłem jedną kluczową rzecz, której nauczył mnie teleturniej “Milionerzy” i skorzystałem z koła ratunkowego: “telefon do przyjaciela”.

Na szczęście okazało się, że Paweł nie ma planów i jest gotowy mi pomóc. Faktycznie, wciąganie tych paneli na dach mogłoby być nieco kłopotliwe w pojedynkę. Panele elastyczne – wbrew temu, co sądzą niektórzy – nie są bowiem zwijane w rulonik. Wręcz przeciwnie, ich promień gięcia jest stosunkowo mały. Gdybym zatem miał je wciągać samodzielnie mógłbym ryzykować ich uszkodzenie. (Tak mi się przynajmniej wydaje.) Poza tym, przy takiej zabawie samo wsparcie moralne okazuje się bardzo motywujące i niemal niezbędne!

Praca szła w najlepsze. Panele słoneczne poszły na dach i została zwymiarowana powierzchnia niezbędna do przygotowania pod ich przyklejenie. Udało się ustalić również optymalne ich ułożenie oraz miejsce wpuszczenia kabli do środka. Nie miałem czasu nawet robić zdjęć, bo – to nie jest przenośnia – uwijaliśmy się jak w ukropie. Tego dnia było naprawdę bardzo gorąco, więc chcieliśmy zejść z dachu kampera jak najszybciej. Nie było nam jednak dane poprowadzić sprawnie naszej pracy do szczęśliwego finału. W kluczowym momencie bowiem pistolet do kartuszy odmówił posłuszeństwa. Co robić, jak żyć? Paweł stwierdził, że ma pistolet w dobrej kondycji w domu, więc pojechał po niego. Ja w tym czasie wewnątrz wykonywałem połączenie instalacji z akumulatorem, a następnie z panelami. Po około 30 minutach Paweł wrócił z nowym pistoletem z Castoramy. Tego swojego nie znalazł. To był kolejny nieprzewidziany wydatek. Dlaczego kolejny? Bowiem doczytałem w instrukcji producenta, że kable połączeniowe powinny mieć minimum 4mm2, a w sklepie kupiłem przewody 2,5mm2, bo Pan-Sprzedawca-Elektryczny-Znawca powiedział, że do instalacji 20A (a takową właśnie miałem do zrobienia) wystarczy taki właśnie przekrój. Może i wystarczy – ja się nie znam – ale wolałem zrobić to tak, jak to zalecił producent, żeby potem nie było. Trzeba było też dokupić oczka przyłączeniowe do akumulatora. Sumarycznie musiałem wydać jeszcze około 150 zł na różne dodatkowe elementy, sprzęty i narzędzia. W końcu jednak panele i przelotkę dachową udało się poprawnie zamocować.

Nad instalacją niezbędnego okablowania również musieliśmy spędzić trochę czasu. Było trochę lutowania (jakby mało mi było gorąca), mocowania się z podłączeniem do już istniejącej instalacji kampera … etc. Faktem jest, że zeszło nam do późnych godzin wieczornych. Musieliśmy się również nieco mocniej zagłębić w instrukcję sterownika i dostępne w nim opcje. Jednak zanim słońce zaszło jego ostatnie promienie pozwoliły nam zobaczyć na sterowniku, że instalacja działa, a akumulator jest ładowany! 🙂

Podsumowując: tego dnia udało nam się wspólnie przygotować podłoże i przykleić panele słoneczne. Podłączyć niemal cały system i przenieść akumulator do środka. Zostało tylko kilka drobnych rzeczy do zrobienia.

Tak mi się przynajmniej wydawało …

Panele słoneczne – ciąg dalszy historii … (część druga)

Panele słoneczne – ciąg dalszy historii … (część druga)

Panele słoneczne znajdowały się już na dachu przyklejone i przykręcone. Akumulator był w środku, a nowa instalacja została połączona z istniejącą. Sterownik obsługuje cały system wydawałoby się bez zająknięcia. Wciąż czekało mnie jednak trochę pracy. Czy była to jedynie kosmetyka? Bynajmniej! Czekało na mnie kilka niespodzianek …

Niedziela

W niedzielę nadszedł czas na podłączenie wyjścia obciążenia sterownika. Tutaj planowałem podłączenie przetwornicy o mocy 200W (kupionej okazyjnie jeszcze przed zimą) oraz dwóch gniazd zapalniczki (12V) oraz USB (2 szt.). Znowu było trochę lutowania, zabawy ze złączkami, kostkami i bezpiecznikami. Podłączenie przetwornicy pozwalałoby mi na ładowanie laptopa bez kupowania dodatkowego zasilacza na 12V. Zasilacz laptopa ma 90W. Więc na przetwornicy byłby jeszcze zapas pozwalający na podłączenie szybkiej ładowarki sieciowej do telefonu, co również znacznie ułatwia życie.

Akumulator od samego rana ładował się z paneli słonecznych …

Rankiem pojechałem do pralni, gdzie spędziłem około dwóch godzin. Podczas, gdy pranie się robiło, ja pracowałem na laptopie. Po tym czasie sprawdziłem stan poziomu naładowania akumulatora. Jedna kreska nie wyglądała obiecująco i byłem tym faktem nieco przygnębiony. Postanowiłem skontaktować się z jedną z bliskich mi osób – na potrzeby wpisu nazwijmy ją Wojciechem* – która jakiś czas temu wspominała, że ma na zbyciu dwuletni akumulator żelowy o pojemności 70Ah. Chwilę porozmawialiśmy i ustaliliśmy, że jakoś “przy okazji” załatwimy temat. Tymczasem ruszyłem na drugi koniec miasta.

Panele słoneczne nadal ładowały akumulator … minęło kilka godzin, a na wyświetlaczu sterownika wyświetlona jedna kreska z dostępnych czterech.

Po powrocie na moje stałe miejsce przyszedł czas na podłączenie systemu wyjściowego do sterownika i jego testy. Przetwornica niepokojąco piszczała przy włączaniu. Pisk był przez około sekundę i w tym czasie paliła się dioda obok złowieszczego napisu Fault. Potem jednak wszystko wydawało się działać normalnie. Próbowałem sobie przypomnieć, czy gdy podłączyłem ją do gniazda zapalniczki zaraz po zakupie miała podobne objawy. Byłem niemal pewien, że tak nie było.

Do przetwornicy podłączyłem przedłużacz, w który wpiąłem zasilacz laptopa i kilka ładowarek, aby sprawdzić jej działanie na maksymalnym wymaganym i dostępnym dla mnie obciążeniu. Wydawało się, że wszystko działa. Odłączyłem zatem odbiorniki dodatkowe, aby sprawdzić ile czasu zajmie naładowanie akumulatora do pełna.

Akumulator dalej się ładował … Sterownik pokazywał dwie kreski i napięcie około 12,5V. Niepokojące było to, że w systemie przewidzianym dla akumulatora 100-200Ah, panele słoneczne miały problem z naładowaniem do pełna akumulatora o pojemności 55Ah.

W międzyczasie Wojtek ponownie zadzwonił i powiedział, że jeśli jest taka potrzeba, to postara się ogarnąć temat szybciej. Nie lubię nikomu robić kłopotu, więc nie bez mieszanych emocji powiedziałem, że w sumie im szybciej tym lepiej, bo akumulator wydaje się być u kresu sił, a poza tym jest dużo za mały do pracy w tym systemie według wskazań producenta.

Kolejne godziny mijały. W tym czasie również jeździłem trochę kamperem, więc akumulator dodatkowo był doładowany z alternatora. Po kilku kolejnych godzinach na sterowniku pojawiły się cztery kreski oznaczające 100% naładowania. Radość moja jednak nie trwała długo. Tuż po zgaszeniu silnika spadła jedna kreska, a sterownik zapiszczał złowrogo trzykrotnie (taki system informujący o spadku do określonej wartości).

Przypomnę, że w tym czasie nie było podłączonego żadnego obciążenia do akumulatora. Co gorsza, dosłownie kilka minut później nie było już kolejnej z czterech kresek informujących o poziomie naładowania akumulatora, a sterownik wydał aż pięć sygnałów ostrzegawczych. Niech Was nie zmyli uśmiechnięta buźka na sterowniku … Niestety, ten pacjent odchodził …

Jego odejście oznaczało dla mnie kolejne wydatki, a na to nie byłem przygotowany. Myślałem, że uda się poczekać miesiąc, może dwa, zanim zakupię przynajmniej 100Ah akumulator. Podczas dnia bowiem mogłem naładować przy pomocy systemu wszystkie urządzenia i tak naprawdę większa pojemność akumulatora nie byłaby potrzebna. Jeśli jednak przez wzgląd na akumulator miałaby mi przestać chodzić pompa wody, to robiło się już nieciekawie. Co ciekawe oświetlenie, które wymieniłem na ledowe spisywało się całkiem nieźle. Jedynym objawem braku mocy w akumulatorze był fakt, że światło praktycznie gasło po odkręceniu wody i załączeniu się pompy.

Po jakimś czasie Wojtek znowu zadzwonił i powiedział, że następnego dnia postara się przywieźć mi nie jeden, a dwa (sic!) akumulatory 70Ah.

Poniedziałek

Po nieprzespanej nocy obudził mnie telefon.  Godzina na zegarze 6.49. Kto mógł dzwonić tak wcześnie?

Dzwonił Wojciech informując mnie, że jest 3 minuty od mojej lokalizacji. Nawigowałem go przez telefon na sam parking jednocześnie naciągając na siebie ubranie. Byłem w szoku! Wojtek bowiem miał do mnie sporo kilometrów, a jego przyjazd o tak wczesnej porze oznaczał, że od siebie musiał wyjechać około czwartej w nocy. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się tego z jego strony, bo pomimo tego, że jest to bliska mi osoba, to ostatnio kontakt mieliśmy dość mocno rozluźniony. Z tego miejsca jeszcze raz pragnę mu podziękować! Kwota, którą mu wręczyłem za te akumulatory i  okazane zaangażowanie z pewnością nie była wystarczająca do tego, by w pełni okazać moją wdzięczność!

Kilka godzin później akumulatory były podłączone równolegle przewodami 10mm2, które udało mi się kupić w Castoramie.

Dwa akumulatory 70Ah połączone równolegle przewodem 10mm2

Dwa akumulatory 70Ah połączone równolegle przewodem 10mm2

Przy okazji kupiłem jeszcze silikon, żeby dodatkowo uszczelnić połączenia na dachu (panele słoneczne i przelotka) oraz kilka innych akcesoriów do lepszego zamontowania paneli oraz ich okablowania.

Stary akumulator został jeszcze przeze mnie finalnie sprawdzony, a następnie odstawiony na pobliskie cmentarzysko dla akumulatorów …

Wtorek

Dziś, gdy opisuję to wszystko na laptopie jest godzina 22.47 (opublikuję pewnie dopiero jutro, bo muszę jeszcze raz to wszystko przeczytać i wstawić stosowne zdjęcia). Stan energetyczny jest następujący. Laptop ma 70% baterii. Pozostałe urządzenia (tablet, telefon, powerbanki … etc.) również są naładowane. A sterownik pokazuje 94% naładowania akumulatorów pokładowych. Przypominam, że akumulatory nie są nowe. Przez dwa lata były eksploatowane i to dość intensywnie z tego, co mi wiadomo. Od zachodu słońca minęło już trochę, a przetwornica chodziła jeszcze około godzinę po nim.

Panele słoneczne – krótkie podsumowanie

Wygląda to dość optymistycznie. Panele słoneczne zdają u mnie swój egzamin. Mówi się co prawda, żeby nie chwalić dnia przed zachodem słońca, ale skoro u mnie już zaszło … 😉 Cóż, pożyjemy, zobaczymy. Najważniejsze dla mnie jest to, że mogę naładować baterię laptopa bez odpalania agregatu, a przy okazji zrobiłem kolejny krok w kierunki realizacji mojego marzenia o maksymalnej niezależności!

Co ciekawe, choć przy okazji nabyłem nieco nowej wiedzy, mimo to jestem trochę bardziej zielony** 😉

 


* Imię zostało zmienione ze względu na chęć pozostania anonimowym.
** W kontekście całego wpisu: bardziej ekologiczny. Taka gra słowna dla bardziej obeznanych 😛

Weekendowa wizyta w “Las Węglas”

Weekendowa wizyta w “Las Węglas”

W miniony weekend zostałem poproszony przez kolegę Pawła o odebranie kilku rzeczy ze studia nagraniowego w Wałbrzychu. Jaki byłby jednak sens udawania się w taką podróż, gdybym nie złożył przy okazji jakichś ciekawych wizyt w okolicy? Co istotne, jak zwykle nie szykowałem się do podróży i nie planowałem odwiedzenia konkretnych lokalizacji.Szukanie miejsc odbyło się już na miejscu. Czy po tym wyjeździe żałuję, że tu trafiłem? Bynajmniej! Z pewnością wrócę tu jeszcze nie raz! Dlaczego? Wyjaśnienie w dalszej treści wpisu.

Już podczas wizyty w studiu nagraniowym zapytaliśmy właściciela o ciekawe acz mniej znane lokacje warte odwiedzenia. Od niego uzyskaliśmy namiar na Mauzoleum w Wałbrzychu nieopodal góry Niedźwiadki (więcej zdjęć z lokalizacji uwzględnionych w tym wpisie znajduje się w galerii).

Panoramiczne zdjęcie Mauzoleum w Wałbrzychu.

Panoramiczne zdjęcie Mauzoleum w Wałbrzychu.

Mauzoleum w Wałbrzychu niestety zamienia się w ruinę. Ślady dewastacji widać na każdym kroku, o czym możecie się przekonać oglądając kolejne zdjęcia. Walające się wszędzie śmieci pozostawione przez lokalsów, pozostałości murów okraszone wątpliwej jakości twórczością młodocianych pseudoartystów, aż w końcu i przyroda odzyskująca powoli zagrabiony jej uprzednio teren – te elementy próbują odebrać temu miejscu jego unikalny charakter i klimat. A jednak tu i ówdzie można odnaleźć pozostałości z czasów świetności tego obiektu. jak chociażby resztki niezwykłej mozaiki na suficie czy piękne płaskorzeźby nadgryzione zębem czasu.

Podobno – jak podaje Wikipedia – pod Mauzoleum może znajdować się duży podziemny kompleks. Faktycznie można znaleźć wejścia pod ziemię, co może świadczyć o podpiwniczeniu tego obiektu, ale czy rzeczywiście są tam jakieś większe przestrzenie – trudno powiedzieć. Tym niemniej miejskich legend odnośnie tego, co może się znajdować pod Wałbrzyskimi ziemiami nie brakuje.

Nieopodal tej budowli znajduje się góra Niedźwiadki. Równie klimatyczne miejsce.

Niedźwiadki (niem. Butter Berg) - trójwierzchołkowe wzniesienie 604m, 623m i 629m n.p.m., w południowo-zachodniej Polsce, w Sudetach Środkowych, w Górach Wałbrzyskich.

Niedźwiadki (niem. Butter Berg) – trójwierzchołkowe wzniesienie 604m, 623m i 629m n.p.m., w południowo-zachodniej Polsce, w Sudetach Środkowych, w Górach Wałbrzyskich.

Sami musicie przyznać, że to rozłożyste drzewo na zdjęciu powyżej znajdujące się po lewej stronie wygląda niesamowicie! Aż chciałoby się postawić domek holenderski w miejscu tej altanki umieszczonej nieopodal. Podczas pobytu w tym miejscu minęły nas chyba dwie, góra trzy osoby, które wybrały się akurat na spacer. Cisza, spokój i otaczająca z każdej strony zieleń – to właśnie moje klimaty! Gdybym tylko mógł tu zostać na dłużej …

Przy okazji pobytu w tym rejonie postanowiliśmy jednak z Pawłem odwiedzić jeszcze nieco bardziej znane lokalizacje. Pierwszą z nich był Zamek Grodno. Co prawda już raz tam byłem, ale na wspomnienie widoków z wieży zamkowej czułem pewną ekscytację, więc można je było przy okazji odświeżyć.

Zamek Grodno (niem. Kynsburg) – zamek położony w południowej części Gór Wałbrzyskich na szczycie góry Choina (450 m n.p.m.) wznoszącej się nad lewym brzegiem Bystrzycy.

Zamek Grodno (niem. Kynsburg) – zamek położony w południowej części Gór Wałbrzyskich na szczycie góry Choina (450 m n.p.m.) wznoszącej się nad lewym brzegiem Bystrzycy.

Zamek jest niewątpliwie utrzymany w bardzo dobrym stanie. Wystające kawałki skał wewnątrz zamkowych komnat pozwalają się domyślać, jak ogromnym wyzwaniem było postawienie takiej budowli. Atmosfery tego miejsca nie psuje również fakt, że większość prezentowanych eksponatów nie pochodzi dokładnie z tego zamku.

Budująca jest świadomość tego, że miejsce jest utrzymywane w dobrym stanie technicznym, a na jego terenie odbywają się liczne imprezy o tematyce rycerskiej i ogólnie średniowiecznej. Potencjał miejsca jest wykorzystany. Może nie w stu procentach, ale na pewno lepiej, niż chociażby zamku książąt Wrocławskich,  który mogłem oglądać podczas wizyty nad Odrą w Urazie wyłącznie zza ogrodzenia i który marnieje w oczach.

Przy okazji zakupu biletu na zamek można było nabyć również wejściówkę do Sztolni Walimskich / Kompleksu Rzeczka, składowej projektu Riese. Cóż, i tam już byłem, ale stwierdziłem, że chętnie odwiedzę to miejsce jeszcze raz. Od mojej wizyty tam w końcu minęło już kilka lat, a skoro już jestem w tym rejonie, to aż żal byłoby nie skorzystać. I nie żałuję! Przede wszystkim dlatego, że Kompleks Rzeczka przeszedł rewitalizację i został wzbogacony o elementy prezentacji multimedialnych, które dodatkowo podkreślają niezwykłą atmosferę tego miejsca. Jeśli zatem po obejrzeniu galerii pomyślicie, że “w zasadzie nie ma po co tam jechać, bo wszystko widać na zdjęciach”, to powiem jedno – nie możecie się bardziej pomylić!

Kompleks Rzeczka, to jednak tylko jedna składowa projektu “Riese”. Przy okazji kolejnych wizyt w tym rejonie mam zamiar odwiedzić pozostałe lokalizacje, z których tylko trzy są dostępne dla zwiedzających (mają przygotowaną stosowną infrastrukturę). Najbardziej zachęcająco wyglądają rozległe kompleksy Osówka i Włodarz:

Jeśli macie zamiar odwiedzać tego typu miejsca warto pamiętać o tym, że w ich wnętrzach jest niezwykle zimno. Ja całkowicie zapomniałem o tej różnicy temperatur. Co prawda miałem na sobie długie spodnie i skórzaną kurtkę, ale chłód był przenikliwy. Dość powiedzieć, że nasz przewodnik ubrany był w grube polarowe ciuchy 🙂

Na zakończenie naszej wizyty na ziemiach powiatu Wałbrzyskiego odwiedziliśmy jeszcze zaporę wodną w Zagórzu Śląskim.

Zapora wodna w Zagórzu Śląskim – zapora na Bystrzycy tworząca Jezioro Lubachowskie. Zbudowana w roku 1917, zapora kamienna, długość w koronie wynosi 230 m, szerokości u podstawy 29 m, wysokość 44 m.

Zapora wodna w Zagórzu Śląskim – zapora na Bystrzycy tworząca Jezioro Lubachowskie. Zbudowana w roku 1917, zapora kamienna, długość w koronie wynosi 230 m, szerokości u podstawy 29 m, wysokość 44 m.

Zapierające dech w piersiach widoki okolicznych terenów leśnych, chłód bijący od wody … i śmieci gromadzące się pod zaporą. Ogromny brak poszanowania dla tego typu miejsc turystycznych to zmora. Nigdy tego nie zrozumiem. Tak, czy inaczej warto było zatrzymać się i odwiedzić również to miejsce. Przespacerować się po lesie, zaczerpnąć świeżego powietrza. I w tej lokalizacji minęły nas może trzy, cztery osoby. Większość jedynie wchodzi na tamę, robi sobie zdjęcie i zmyka. Co tu bowiem oglądać? Cytując klasyka: “Las? Jaki las? Nie widzę, bo mi drzewa zasłaniają!” A drzewa są piękne, ich liście mienią się kolorami w promieniach słonecznych tak, że żadne zdjęcie tego nie odda. Wieczny Malarz się tak natrudził, a większość przechodzi obok tego cudu obojętnie. Jeśli dostrzegam to piękno ja – daltonista – to o ileż bardziej zachwycające musi to być dla osoby, która nie ma najmniejszych problemów z rozróżnianiem barw!

Słowem podsumowania. Zwykle, gdy wybieramy sobie cel podróży raczej nie pomyślimy o Wałbrzychu – sennym, jakby zatrzymanym w czasie miasteczku na Dolnym Śląsku. A jednak jest w nim coś innego i niezwykłego. Miasto ma swój urok, a jego okolica jest po prostu przepiękna. Jeśli zatem chcielibyście posmakować nieco historii, albo odpocząć od zgiełku miasta w zalesionych, pagórkowatych i górzystych rejonach uprzejmie polecam wycieczkę do Wałbrzycha i jego niezwykłych wręcz magicznych okolic.

Majówka i po majówce :)

Majówka i po majówce :)

Majowy długi weekend spędziłem dość aktywnie, choć nie wyjechałem tak naprawdę nigdzie dalej. Można w sumie powiedzieć, że  “polatałem wkoło komina” 🙂 Tym niemniej udało mi się spędzić miło czas, więc ten wolny okres uważam za dobrze spożytkowany. A gdzie udało mi się pojechać?

Były to miejscowości tj. Uraz (lokalizacja nad Odrą nieopodal portu i Zamku Książąt Wrocławskich), Kamieniec Wrocławski (zalew Odry) i Stradomia Wierzchnia (zalew Widawy).

Te pierwsze wyjazdy kamperowe pozwoliły zdiagnozować braki na wyposażeniu – na przykład w postaci siekierki 😉 Osobiście lubię bowiem posiedzieć przy ognisku, a pozyskiwanie drewna bez siekierki okazało się dość czasochłonne, pomimo tego, że zbieraliśmy je na cztery ręce, bo było nas dwóch (dołączył do mnie kolega – Paweł). Przy okazji mieliśmy szansę stwierdzić, że rozpalanie ogniska za pomocą krzesiwa nie jest wcale takie łatwe i proste. Udało się jednak ognisko rozpalić zarówno w Kamieńcu Wrocławskim, jak i w Urazie. W tej drugiej lokalizacji już na szczęście mieliśmy siekierkę, więc organizowanie opału poszło nam zdecydowanie łatwiej. Było też o tyle łatwiej, że do pilnowania kampera mieliśmy koleżankę – Asię – więc w poszukiwaniu opału mogliśmy odejść nieco dalej.

Cóż mogę powiedzieć o tych wyjazdach? Przyjemnie było wyrwać się z miasta. Miałem okazję rozłożyć markizę po zimie. Posiedzieć w słońcu i w cieniu. Posłuchać wieczornego i porannego rechotu żab i śpiewów ptaków. Zwolnić i odetchnąć świeżym powietrzem. Można było posiedzieć przy ognisku, pograć na gitarze, spędzić miło czas w doborowym towarzystwie. Zobaczyć nocne niebo w całej jego okazałości. A gdy przyszła na to pora, po prostu wejść do kampera i spać w ludzkich warunkach. Tego chciałem, tego mi brakowało, a dziś mam to niemal na wyciągnięcie ręki!

Jedyne czego mi jeszcze brakowało do szczęścia, to rozkładane krzesełka i stolik, które mógłbym rozstawić pod markizą. Muszę jednak szukać takich, które można maksymalnie poskładać, aby zajmowały jak najmniej miejsca podczas postoju na parkingu. Znalazłem takie – wędkarskie – ale z zakupem muszę niestety poczekać już do kolejnej wypłaty. Dlaczego?

Ostatnie ciepłe dni przy okazji ujawniły bowiem problem z lodówką, która nie chłodziła zarówno na gazie, jak i na zasilaniu z instalacji 12V (oczywiście podczas jazdy!) i trzeba to było naprawić. Koszt, który musiałem ponieść, to 500 zł. Pytanie, na ile wystarczy naprawa, która została wykonana. Bez lodówki niestety w upalną pogodę ani rusz. Ten nieplanowany wydatek odbił się niestety na kolejnych planach wyjazdowych, które miały się odbyć jeszcze w tym tygodniu. Przypominam, że w ubiegłym miesiącu musiałem wykupić polisę OC, co również stanowiło spore uderzenie po kieszeni. Znowu trzeba zatem coś odłożyć, ale kolejne wyjazdy zapowiadają się bardzo obiecująco.

AMA na Wykopie – podsumowanie

AMA na Wykopie – podsumowanie

Nie tak dawno miało miejsce AMA (czyli skrót od angielskiego: Ask Me Anything), o którym informowałem we wpisie: AMA na Wykopie. Dziś nadszedł czas, by pokusić się o jego krótkie podsumowanie.

Było to niezwykle interesujące, ale i stresujące doświadczenie. Bite 9 godzin siedziałem przy komputerze i odpowiadałem na pytania obcych osób o szczegóły mojego pomysłu na życie i rozwiązania, z których codziennie korzystam (ogrzewanie, dostęp do wody … etc). Pojawiły się insynuacje o naciąganie ludzi na pieniądze, trafiały się również pytania bardzo osobiste wywodzące się z podstawowego: dlaczego zamieszkałem w kamperze. Co niektórzy dostrzegli bowiem na zdjęciach wnętrza mojego kampera zdjęcie mojego Synka w ramce i oczywiście musieli pociągnąć temat. No ale “anything, to anything“, mogli zapytać o cokolwiek, więc śmiało z tego korzystali.

Biorąc pod uwagę, że było to nietypowe znalezisko ilość wykopów w mojej opinii jest dość duża, bo prawie 900. Angażowałem się z całych sił i starałem się odpisywać na wszystkie pytania, nawet jeśli się powtarzały, aby nikt nie czuł się pominięty.

Podsumowanie wymagało ode mnie sporego zaangażowania, ale dzięki temu powstało coś w stylu FAQ mieszkania w kamperze 🙂

Podsumowanie komentarzy

Generalnie społeczność zarówno ze strony Mirków, jak i Mirabelek okazała się ciekawa tego pomysłu i w sumie AMA obfitowało w ponad 500 komentarzy (połowa chyba napisana przeze mnie, jako odpowiedzi na pytania 😉 ). Większość pytań ciekawa i zasadna. Dotyczyła kosztów utrzymania (a przede wszystkim ogrzewania, bo AMA miało miejsce podczas mrozów rzędu -13 stopni), warunków bytowych (woda, prąd, gaz), pracy i zarobków, możliwości podróżowania. Najciekawsze pytania pozwoliłem sobie zebrać poniżej ponieważ niektóre kwestie mogą interesować również czytelników mojego bloga, więc jest to dobry pomysł na podsumowanie całego AMA. (Aby poznać dokładne odpowiedzi w oryginalnym AMA można po prostu kliknąć.) Przy okazji zaznaczam, że pisownia jest oryginalna:

Tak. Prawo jazdy kat. B wystarcza do prowadzenia pojazdów samochodowych do 3,5 tony.

avis21: w kamerze można pić %? Z tego co się orientuje jak są kluczyki w stacyjce i się pije % to tak jakby się prowadziło auto.

Być może ktoś z Was podobnie, jak @Avis21 myśli, że aby mieszkać w kamperze trzeba mieć odpalony silnik, więc od razu odpowiadam: nie trzeba. Inaczej poszedłbym z torbami, już dawno temu 🙂 Jak najbardziej można spożywać alkohol. BTW, gdyby nie można było, to nie byłaby raczej zbyt popularna forma wypoczynku 😉 Tutaj też pomógł wyjaśnić temat użytkownik @sebastian-klosowski (cyt.): “nic takiego nie ma miejsca. Tylko i wyłącznie prowadzenie samochodu po alkoholu jest karane. Jeżeli masz uruchomiony silnik i pijesz to mogą się postarać o “usiłowanie prowadzenia w stanie pp użyciu” ale jeszcze żaden sąd tego nie klepnął.

piotr-maszkar: co to za szara woda? Znaczy z odzysku?

W tym wypadku z odpowiedzią pospieszył użytkownik @Camis (cyt.): “Szara woda – Europejska Norma 12056-1 definiuje szarą wodę jako wolną od fekaliów zabrudzoną wodę. W > praktyce jest to nieprzemysłowa woda ściekowa wytwarzana w czasie domowych procesów takich jak mycie naczyń, > kąpiel czy pranie, nadająca się w ograniczonym zakresie do powtórnego wykorzystania.

apkwiatosz: A jak wygląda kwestia ogrzewania, z bloga wyczytałem że gazowe, nie boisz się czadu, czy to piecyk z zamkniętą komora spalania?

Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie wiem. Okazało się, że mogłem temu zagadnieniu poświęcić więcej czasu. Myślałem jednak, że skoro tyle osób korzysta z tych piecyków, to po prostu są bezpieczne. Co prawda nie myliłem się, ale trzeba przyznać, że nie miałem o tym pojęcia. Na szczęście użytkownik @obiektywny_ znalazł stosowne informacje i podzielił się nimi podczas AMA (cyt.): “Troche nie fajnie ze nie masz pojecia na ten temat bo to dla twojego zdrowia. Ale tak piecyk truma ma zamknieta komore spalania i dziala jak mini piec dwu funkcyjny. Zasysa powietrze do komory z zewnatrz i tam tez wywiewa spaliny.” Jeszcze raz z tego miejsca dziękuję mu za zaangażowanie w znalezienie odpowiedzi na to pytanie. Podobnie napisał również użytkownik @teddyb2: “ten grzejnik jest bezpieczny w każdej kubaturze. To jest mini kocioł kondensacyjny z zamkniętą komorą spalania, powietrzem pobieranym z zewnątrz, wymuszonym wyrzutem spalin i kompletem zabezpieczeń, a za kaloryfer robi obudowa palnika. Bardzo fajne i “czadowo” całkiem bezpieczne.

W podobny ton uderzył również @wacek901:
No obawiam się że na kampera trzeba mieć pozwolenie na budowę wiec nie chwaliłbym się lokalizacją ani numerem rejestracyjnym tym bardziej” oraz “Nie chce Cię martwić ale tutaj https://www.dzialkanadmorzem.pl/warto-wiedziec/baza-wiedzy/pozwolenie-na-budowe-dla-przyczepy-kempingowej-272 jest podstawą prawna odnośnie wymagania pozwolenia na budowę przy mieszkaniu w kamperze więc nie chwaliłbym się numerami rejestracyjnym i położeniem kampera

Co ciekawe ten artykuł pomógł mi zrozumieć ten problem i jednocześnie upewnić się, że nie łamię prawa budowlanego. W samym artykule bowiem jest wskazane, że kamper powinien stać w jednym miejscu nieprzerwanie przez 120 dni w roku, a nawet gdyby ktoś miał co do tego zastrzeżenia, to dalej wyraźnie jest napisane: “Jeśli nadzór budowlany wykryje nieprawidłowości, czyli gdy przyczepa kempingowa odpowiadać będzie wymienionym wyżej kryteriom (i tym samym podlegać będzie pod przepisy budowalne), ale jej właściciel nie uzyskał wcześniej pozwolenia na budowę, wyda nakaz rozbiórki. W tym przypadku nie oznacza to demontażu obiektu, a nakaz usunięcia obiektu z terenu, na którym został zlokalizowany niezgodnie z prawem.

Ponieważ inni też mieli podobne dylematy ekonomiczne odpowiedziałem (cyt.): Macie oczywiście rację. Ale po pięciu latach płacenia za pokój nie masz nic. Pieniądze włożone komuś do kieszeni. A ja będę miał kampera nadal… zawsze mogę go sprzedać i kupić – jak już gdzieś wspomniałem – domek holenderski albo mieć na wkład własny. Innymi słowy, to że dziś coś jest tańsze (mniej pieniędzy wychodzi z twojej kieszeni) nie oznacza, że jest tańsze dla ciebie w ogólnym rozrachunku.

@pandolin: Co na to listonosze? 😀
Cóż mogłem odpowiedzieć na tak postawione pytanie na “portalu ze śmiesznymi kotami”? Pozostało mi tylko jedno:

Nienawidzą mnie, bo muszą za mną ganiać po całej Polsce, żeby dostarczyć polecone! (⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■)

Na koniec zostawiłem pytanie, które pojawia się niemal w każdym AMA:

Moja odpowiedź? Oto ona:

Sto kamperów wielkości kaczki. Mógłbym je porozdawać Mirkom podczas AMA i dopisać tag “rozdajo” (⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■)
A kaczka wielkości kampera? Rozmiar podobno nie ma znaczenia, ale jak to ugotować? ¯\_(ツ)_/¯

Wiadomo jednak, że oprócz pytań pojawiały się również komentarze – w zdecydowanej większości pozytywne – poniżej kilka z nich:

@idiot: Mój Ty bracie z innej matki! 🙂

@Cgup: z jednej strony uważam że tracisz życie na głupoty. Z drugiej strony możesz być bardziej szczęśliwy niż duża część społeczeństwa

@obiektywny_: to chyba takie skryte marzenie wiekszosci aby byc wolnym i jezdzic camperem, moje tez

@EvilSoul: Zawsze chciałem coś takiego zrobić, szacun 🙂 

@Niebadzlosiem: Spełniasz marzenie wielu ludzi.. w tym poniekąd moje 😀

@chuckd: Masz świetną stronę – ładnie, elegancko, bez zbędnych wodotrysków – chciałbym, żeby cały internet tak wyglądał ( ͡° ͜ʖ ͡°)

@Acquaintance: Powodzenia kumplu! ( ͡° ͜ʖ ͡°)

@contrast: Przyjemnie sie czyta, fajne ama i ciekawy pomysł na zycie. Pozdrawiam.

@flat_eric: Cześć, bardzo fajnie się zagospodarowałeś w tym kamperze. Powiem szczerze, że ja też nie wyobrażam sobie kredytu na mieszkanie na 30 lat lub płacenia komuś 1.5k miesięcznie za wynajem. Chociaż taki pojazd wydaje mi się dość awaryjny, bo ma już swoje lata (sam jeżdżę 20 letnią Primerą i wiem jak się sypie ze starości ( ͡° ʖ̯ ͡°)), ale za to masz mobilny dom jak by nie patrzeć. Osobiście myślę o jakimś baraku mieszkalnym bo ceny mieszkań to nieporozumienie, patrząc na zarobki w tym kraju. Powodzenia, ciasny ale własny ( ͡~ ͜ʖ ͡°)

W jednostkowych przypadkach pojawiały się zwyczajne hejty lub wychodziły braki w umiejętności logicznego myślenia, łączenia faktów, bądź podstawowej matematyki, ale tych komentarzy sobie tutaj oszczędzę 😉

Na koniec jeszcze najciekawszy z takich pseudo-detektywistycznych:

@ElCidX: No i niby pół roku mieszkasz w kamperze a nie jest przygotowany do zimy? Oj śmierdzi mi tutaj coś bardzo. (…) Wygląda trochę jak próba wyciągania kasy od ludzi.

No przejrzał mnie na wskroś … zatem już bez owijania: ktoś jest chętny podzielić się ze mną swoimi pieniędzmi? 😀

Ogólne podsumowanie AMA

Podsumowanie AMA trzeba również uzupełnić o informację, jaki był efekt AMA już po jego zakończeniu. Z pewnością należy zauważyć, że skutkiem AMA była zwiększona ilość odwiedzin na stronie (ponad 12k odwiedzin i prawie dwa razy tyle odsłon). Innym efektem, którego zupełnie się nie spodziewałem było … zainteresowanie dziennikarzy!

Skontaktował się ze mną dziennikarz magazynu i portalu Polski Caravaning, dziennikarka portalu Wirtualna Polska oraz dziennikarka TV TVN BiS (pic rel).

  

Szczerze mówiąc nie byłem na to przygotowany, więc z początku nawet nie wiedziałem, jak zareagować. Zgodzić się, czy się nie zgodzić? Jakie mogą być możliwe konsekwencje? Artykuł przed publikacją można autoryzować, ale wywiad w TV?

Jak zapewne się domyślacie z wywiadu w TV nic nie wyszło. Uprzejmie podziękowałem za propozycję, ale na daną chwilę po prostu nie mogłem skorzystać (bardziej ze względów zdrowotnych, aczkolwiek wizyta w TV chyba na chwilę obecną jest ponad moje możliwości 😉 ). Wywiady prasowe być może jeszcze dojdą do skutku. Tak czy inaczej jest to kolejny efekt, jaki przyniosło zorganizowanie tego AMA. Czy na sto procent pozytywny? Nie mnie to oceniać i na razie chyba ogólnie ciężko pokusić się o jednoznaczną ocenę. Niezwykle budujący jest jednak fakt, że temat nie przeszedł bez echa, ale czy jestem przygotowany na stanie się osobą rozpoznawalną – żeby nie powiedzieć medialną? Chyba nie. Tym niemniej zmotywowało mnie to,

Patrząc jednak na dość pozytywny odbiór mojej “bezdomności lvl 2.0”, a może i lekką fascynację niestandardowym podejściem do życia widzę nadzieję na to, że coraz mniej osób da sobie wmówić czym jest sukces. Sukces, to bycie szczęśliwym, a nie mieszkanie, samochód i wszystko w kredycie na 40 lat spłacanym z pensji, która ledwie starcza na wiązanie końca z końcem. Im więcej ludzi to zrozumie tym lepiej.

Może dzięki temu również więcej ludzi zacznie doceniać to, co faktycznie ma. Zauważy, że mieszka w luksusach: stały dostęp do bieżącej wody w kranie (może nawet ciepłej!), prądu, gazu … ja o to wszystko muszę zadbać, zorganizować – dla nich posiadanie tego już jest tak oczywiste, że nie zauważają, jaki to niesamowity komfort! Do tego nielimitowany Internet, telewizor, konsola do gier … i wszystkie inne dobra luksusowe.

A Wy jak myślicie? Powinienem udzielać wywiadów i w ten sposób propagować taki pomysł na życie?

Podzielcie się swoim zdaniem w komentarzu!

Tymczasem ode mnie by było na tyle. Dziękuję tym, którzy doczytali do samego końca 🙂

 

P.S. AMA zostało pozytywnie zweryfikowane przez moderację portalu dopiero po kilkudziesięciu godzinach od jego zakończenia pomimo kilkukrotnego wysłania dokumentów weryfikacyjnych przed jego rozpoczęciem i zweryfikowania się bezpośrednio w komentarzach do znaleziska. Teraz już rozumiem dlaczego wszystkie Wykopki tak narzekają na opieszałość moderatorów 😉

Szykowanie łóżka w kamperze

Szykowanie łóżka w kamperze

Pierwsze szykowanie łóżka wiąże się z nałożeniem prześcieradła na materac (to niebieskie na gumkach) i ubraniem pościeli. Kolejne, to już tylko wypięcie zabezpieczenia i spuszczenie łóżka na dół. Kwestia dosłownie kilku sekund.