Święta jakoś inaczej …

Święta jakoś inaczej …

Podczas, gdy wszyscy narzekają, że święta nie są “białe”, ja jestem bardzo zadowolony, że zima jeszcze nie przyszła! Nie zrozumcie mnie źle, nie przeszkadzałoby mi, gdyby przez tych kilka dni świątecznych spadło trochę śniegu. Jednak im dłużej temperatura na dworze jest dodatnia tym lepiej dla mnie! A jak spędza się święta “inaczej”?

Jeśli chodzi o kolację wigilijną, to tutaj trudno, żeby było jakoś bardzo odmiennie. Ten wieczór spędziłem z najbliższymi. Z moim ukochanym Synkiem i całą naszą patchworkową rodzinką. W sumie było 10 osób. Było dużo uprzejmości, serdeczności i – można powiedzieć oględnie – prawdziwej klasy. Może to z racji tego, że pod choinką aż zabrakło miejsca na prezenty… trudno stwierdzić. Otrzymywane podarki jednak zdawały się dość dobrze zdradzać intencje obdarowujących. Z otrzymanych prezentów można było wnioskować, że wszystkim nam zależy na pomyślności i szczęściu pozostałych członków. Ja jestem jednak najbardziej zadowolony, że pomimo pewnych życiowych zawirowań potrafimy nadal być niejako “razem” w tej historii, jaką pisze dla nas życie – to jest dla mnie największy prezent.

Po kolacji jednak czas na powrót do kampera. Można by napisać – “powrót do szarej rzeczywistości” – tyle, że moja codzienność wcale nie jest szara (jeśli pominąć obraz za oknem ;))! Nalałem więc paliwa do generatora i go odpaliłem. Generator pozwala naładować akumulatory na kolejne dni oraz nadrobić zaległości przy pracy na laptopie. Składanka ulubionych dźwięków sączy się z głośników, a ja pozytywnie nastrojony na najbliższe dni zaczynam stukać w klawiaturę… Kolejne dni świąt, to dla mnie nie czas odpoczynku, ale pracy. Tym bardziej więc cieszę się, że nie jest “biało”. Mogę spokojnie odpalić generator i pracować na komputerze. Oby jak najdłużej.

Święta, to dla mnie po prostu trochę wolnego od pracy na etacie i trochę więcej czasu do pracy przy komputerze. Pracy, która pozwoli mi w przyszłym roku spędzić nieco więcej czasu w trasie niż na postoju. Odkładam każdy zaoszczędzony lub “nadprogramowy” grosz na nadpłacenie kredytu i wakacyjne wojaże. Cel jest jasny. Wymaga to wielu wyrzeczeń, ale efekt końcowy wynagrodzi wszystko.

Ponieważ to jest wyjątkowy czas, więc chciałbym przy tej okazji złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia… Niech życie przynosi Wam wyłącznie miłe niespodzianki. Nie spędzajcie czasu na rozliczanie przeszłości – pamiętajcie o niej i wyciągajcie wnioski na przyszłość, ale nie zatracajcie się w żalu, wyrzutach i chowaniu urazy. Życzę Wam, aby cieszyli Was ludzie, najdrobniejsze pozytywne zdarzenia i rzeczy. Szukajcie pozytywnych aspektów we wszystkim w czym się da, a życie w swoim całokształcie będzie sprawiało Wam radość. Pomimo jego wad, pomimo zmartwień, pomimo zranień. Wszystkiego, co najlepsze życzę Wam z całego serca!

Pranie w kamperze

Pranie w kamperze

“A jak wygląda pranie w kamperze?” – to pytanie pojawia się bardzo często, gdy tylko ktoś dowiaduje się, że mieszkam w domu na kołach. Ci, którzy mnie już odwiedzili wiedzą, że w kamperze ilość dostępnego miejsca jest dość mocno ograniczona. Można skorzystać z tzw. “pralek turystycznych”, ale nie jest to rozwiązanie zbyt komfortowe. Koniec końców z moich analiz wynika, że w kamperze nie ma miejsca na pralkę (i co z jej zasileniem oraz dostarczaniem i odprowadzaniem wody?), a tym bardziej nie ma gdzie takowego prania rozwieszać pozostawiając do wyschnięcia. Pranie wymaga zatem korzystania z uprzejmości osób trzecich (znajomi, rodzina), albo korzystania z pralni publicznej. I właśnie to ostatnie rozwiązanie przypadło mi do gustu – przynajmniej podczas mieszkania (zimowania) na miejscu we Wrocławiu.

Pranie i suszenie w pralni publicznej

O ile pranie ubrań nie nastręcza większych problemów, bo zawsze znajdzie się ktoś komu można takowe podrzucić, o tyle na przykład z kocami, czy pościelą (szczególnie puchową) może już być ciężko. Ci z Was, którzy śledzą również mój profil na FB są zorientowani, jak ja rozwiązałem tę problematyczną sytuację. Z pomocą przyszła mi Wrocławska Pralnia Samoobsługowa Speed Queen! Co ciekawe, wielu moich znajomych nie wiedziało, że publiczna pralnia we Wrocławiu w ogóle funkcjonuje! Osobiście jestem zachwycony usługami tej pralni.

Podczas pierwszej swojej wizyty poznałem właściciela – Pana Piotra. Podszedł, przywitał się, zapytał, czy nie napotkałem żadnych problemów, czy wszystko z praniem jest w porządku, czy otrzymałem odpowiednią ilość proszku do prania i płynu do płukania. (Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że proszek i płyn można kupić tu na miejscu w cenie 4 złotych.) Pranie wyprane, ładnie pachnie, czego chcieć więcej? Z dużym praniem spokojnie można się załadować do pralki z ładowaniem 8 lub 14 (sic!) kg, ustawić cykl (białe, kolorowe, 30-90 stopni … etc.) i spokojnie czekać … Z tym czekaniem myślałem na początku, że będzie problem, ale okazuje się, że nie ma najmniejszego. Miejsca wygodne, na miejscu dostępna lektura (prasa i książki) oraz – co dla mnie najważniejsze z oczywistych względów – szybki internet do dyspozycji. Dzięki temu, gdy przyjeżdżam do Speed Queen zrobić pranie nie marnuję ani minuty na bezczynne siedzenie!

Po swoim pierwszym razie z tą pralnią postawiłem wyprać wszystko, co tylko nadawało się do włożenia do pralki: koce, ręczniki, kołdrę, poduszki, poszewki na pościel … no dosłownie wszystko! I wiecie co? Kupili mnie! Wyszedłem mega zadowolony i zostałem nie tylko ich stałym klientem, ale – nie boję się tego powiedzieć – stałem się fanem tej publicznej pralni! Nie tylko wszystko jest elegancko doprane, ale nie mam też problemu z suszeniem. Ich suszarki bębnowe świetnie poradziły sobie z rozbiciem puchu w mojej zimowej pierzynce 🙂 Prałem pościel już kilka razy (wszak mieszkam w kamperze od września) i za każdym razem miałem ją idealnie wysuszoną i pachnącą. A ręczniki? Puszyste, jak w hotelach najwyższej klasy!

Co podczas wyjazdów?

Wszystko pięknie, ładnie, ale co, gdy nie będę na miejscu we Wrocławiu? Pewnie liczycie na to, że powiem, że pralnie Speed Queen mają rozległą sieć punktów rozsianych po całej Polsce jednak tak nie jest. Na chwilę obecną tylko Wrocław, Warszawa i Trójmiasto mogą się pochwalić pralniami publicznymi Speed Queen. Może w przyszłości sieć ta będzie się powiększać, bowiem według Forbes jest to “czysty biznes, który sam się kręci” 😉 Tym niemniej na chwilę obecną pralnie publiczne nie są zbyt popularne. Jak zatem będę sobie radził podczas wyjazdów? Kupiłem worek żeglarski, w którym zbieram pranie. Taki worek potrafi zmieścić ilość prania wygenerowaną przez jedną osobę w okresie około dwóch tygodni. Ile mogą na razie trwać moje wyjazdy? Dopóki jestem uwiązany etatem (a tak będzie jeszcze przez jakiś czas) wyjazdy będą właśnie maksymalnie dwutygodniowe. Więcej ciągłego urlopu miał nie będę 🙂 W okresie letnim noszone ubrania są też mniejsze objętościowo, więc w dłuższej perspektywie wygląda to dość pozytywnie.

Darmowe pranie od Speed Queen

Ostatnio na FB ogłosili konkurs, w którym nagrodą było 50 zł na Karcie Stałego Klienta (karta również do wygrania, nie do kupienia :)). Ja już kartę miałem, więc gdy z Waszą pomocą wygrałem konkurs dostałem finansowy bonus na kartę. A dzisiaj korzystając z darmowego prania i suszenia siedzę i piszę o tym korzystając z ich szybkiego internetu 😀 Myślę więc, że warto obserwować ich profil – być może darmowe pranie Wam się przyda! Zatem jeśli będziecie mieli cokolwiek do uprania, to serdecznie polecam! Szczególnie koce i pościel. Próbowaliście takie rzeczy kiedyś uprać w domowej praleczce? Koszmar! A tutaj w około dwie godziny (pranie i suszenie) nawet 14 kg prania może być gotowe do poskładania i poukładania w szafce. Bez rozstawiania suszarek, bez zbędnego kłopotu. A jakość całej usługi? Najwyższej klasy!

Pro tip #1: jeśli nie macie potrzeby pilnowania swojego prania, nie chcecie nic poczytać, a szybki Internet nie zabije Waszej nudy, to po zamknięciu pralki i uruchomieniu cyklu możecie spokojnie udać się poza teren pralni (na przykład do pobliskiego Tesco na zakupy), ponieważ nikt nie otworzy pralki przed upływem czasu przeznaczonego na pranie 😉

Pro tip #2: jeśli kupicie Kartę Stałego Klienta (jak ja), to po doładowaniu za kwotę minimum 100 zł dostaniecie 10% doładowania gratis! Przy większych kwotach doładowania dodatkowy bonus wzrasta jeszcze bardziej, ale osobiście nie miałem możliwości tego przetestować 😉

Pro tip #3: najlepiej przyjeżdżać rano, bo popołudniu potrafi być tu tłoczno, jak na dworcu!

Pierwszy tydzień mieszkania w kamperze (vol. 3)

Pierwszy tydzień mieszkania w kamperze (vol. 3)

Jeśli nie czytałeś poprzednich wpisów, to najpierw zapoznaj się z nimi. W przeciwnym wypadku możesz mieć nieco wypaczony obraz rzeczywistości, w której się znalazłem. Poniżej podsumowanie rozwiązania niektórych problemów powstałych w ciągu minionego tygodnia. Przede wszystkim tego najważniejszego …

Dostęp do prądu

Ze względu na problem z całkowitym rozładowaniem się akumulatora pokładowego samochodu (nie przestrzeni mieszkalnej) musiałem zmienić miejsce postoju na parkingu na takie, które jest bliżej budki parkingowej. Miałem tam awaryjny dostęp do prądu, więc w razie gdyby akumulator był wyzerowany mogłem go podładować i odpalić auto. Jak już tam stanąłem, to podłączyłem się do prądu, żeby schłodzić lodówkę i zrobić zakupy spożywcze. Po takim schłodzeniu do kilku stopni podtrzymanie na gazie działa znakomicie.

Kabelek był podłączony, a ja wychodząc do pracy po prostu wyłączyłem główne korki. Oczywiście powstał z tego problem jakbym miał w kamperze farmę kryptowalut i ciągnął prąd 24 godziny na dobę. Kontakt od włodarzy parkingu szybko zaowocował zwinięciem kabelka. Podobno, jakiś sąsiad z bloku obok parkingu zgłosił swoje zastrzeżenia co do zaistniałej sytuacji. Częściowym rozwiązaniem mojego problemu byłyby panele solarne, niestety ten projekt jest dopiero we wstępnej fazie rozwoju. Co zatem robić?

Już podczas przygotowywania się do mieszkania w kamperze rozważałem dostępne opcje i brałem pod uwagę również generator prądu na benzynę. Stosowany w sytuacjach awaryjnych miałby doładować akumulatory i sprzęt komputerowy. Dlaczego zatem nie wrócić do tego pomysłu? Szybkie poszukiwania w internecie pozwoliły zorientować się, że wybór generatora nie jest zbyt łatwy. Co prawda nie potrzebuję nie wiadomo jakiej mocy, ale ceny nawet najprostszych modeli nie były optymistyczne (>2000 zł). Nie każdy generator nadaje się również do zasilania sprzętu komputerowego. Nie mogę również kupić generatora o rozmiarach stołu do jadalni. Sprawa drugorzędna, to zużycie benzyny, ale w mojej sytuacji – jak wspomniałem – musiało to zejść na dalszy plan.

Szukanie przez internet to nie szukanie. Taki sprzęt trzeba zobaczyć. A najlepiej jeszcze usłyszeć. Szybki kurs motocyklem do Castoramy przy Legnickiej pozwolił się zorientować, że urządzenia tego typu są tam nie tylko dostępne, ale i ceny są przystępne. Zainteresował mnie model walizkowy Stanley SIG 1000. Cena w sklepie dokładnie taka, jak najniższe ceny widoczne w internecie. Trzeba było jeszcze go odpalić i zobaczyć, czy nie pracuje zbyt głośno. (Nie potrzebuję kolejnych problemów z “sąsiadami”.) Na szczęście jeden z egzemplarzy wystawowych był zalany benzyną i gotowy do pracy. Obejrzałem, posłuchałem i zastanawiałem się nad ostateczną decyzją.

Ciężko jest negocjować cenę w sklepie stacjonarnym, gdy nie odbiega ona od najtańszych ofert dostępnych online, więc nie poruszałem tematu. Jednak doradca działu widząc moje wahanie sam wyszedł z propozycją spuszczenia jednej trzeciej ceny (sic!). Tak, mogłem kupić agregat o wartości 1500 zł za 1000 zł. Od ręki. Tu i teraz. Gdybym jeszcze tylko miał te pieniądze … Szybka analiza nadchodzących wpływów i wydatków pozwoliła mi jednak podjąć decyzję o skorzystaniu z nieoprocentowanej pożyczki na karcie kredytowej. Już nie raz uratowała mi życie. Co ciekawe, bank na mnie nie zarabia, bo zawsze kalkuluję swoje wydatki kartą pod takim kątem, aby pożyczoną kwotę zwrócić w okresie bez odsetkowym, a samą kartę wziąłem w promocji dożywotniego braku opłaty rocznej. Tylko dlatego w sumie jest jeszcze w moim portfelu. Nie piszę jaka to karta i z jakiego banku, żeby nie było, że to jakaś kryptoreklama. Piszę to jedynie dlatego, że jako były bankowiec wiem, że KK mają bardzo złą opinię. W większości jest ona zasługą osób, które nie wiedziały, co biorą, nie umieją korzystać z karty, albo po prostu nie umieją liczyć. Ale może wróćmy do tematu …

Agregat trzeba było przetransportować do kampera, a ja byłem motocyklem. Szybki telefon Pawła do Gabrysi i w ciągu 20 minut mieliśmy zapewniony transport agregatu oraz kanistra na benzynę. Do agregatu trzeba było jednak dokupić nie tylko benzynę, ale i olej. Jak wspomniałem w okolicy mam dwa sklepy motoryzacyjne. Jeden szczególnie lubię, bo ma w nazwie “moto” i tam zakupiłem olej. Za późno wpadłem na to, aby robić unboxing oraz nagrać film z pierwszego uruchomienia 😉 W każdym razie postępując zgodnie z instrukcją (co w przypadku każdego mężczyzny nie jest takie oczywiste!) udało mi się poprawnie uruchomić agregat. Dodanie ostatnich wpisów zawdzięczam właśnie jego pracy 😀

Podczas pracy generatora ładuję automatycznie akumulatory (samochodu i zabudowy), maksymalnie chłodzę lodówkę, pracuję na laptopie, ładuję telefon i tablet. Co ciekawe, mogę również włączyć grzanie wody w bojlerze i agregat nie dostaje zadyszki. Ważne jest też to, że zaobserwowałem dopasowywanie się obrotów silnika agregatu do aktualnego obciążenia. Nieco się niepokoję użytkowaniem w czasie opadów deszczu (na przykład dzisiaj), ale staram się go osłonić na tyle, aby nie zaburzać chłodzenia. Jeśli chodzi natomiast o generowany hałas, to dla mnie nie jest on bardzo uciążliwy. Nie wiem, jak z sąsiadami 😉 To znaczy, na pewno nie będę go używał w godzinach nocnych, ale po południu zawsze można odpalić i podładować urządzenia. Podczas pobytu na wczasach zawsze można agregat przenieść kilka, kilkanaście metrów dalej o ukryć gdzieś za krzakiem, żeby hałas nie drażnił. Ale podczas letnich wczasów i dzień dłuższy, i grzać nie trzeba, a i z elektroniki się mniej korzysta 😉

Tymczasem jednak muszę ogarnąć nowy akumulator samochodowy, bo jestem niemal pewien, że ten naprawdę już długo nie pociągnie. Być może warto by było, aby i ten akumulator był niskiego rozładowania. Na pewno warto by było również jak najszybciej zainwestować w kolejne akumulatory zabudowy – ze dwa 100 Ah. Takie, które w późniejszym etapie będzie można połączyć z panelami słonecznymi, a na razie, żeby można je było podładować agregatem i mieć prąd “na później” 😉

Ogrzewanie

Miałem już tydzień na testowanie ogrzewania, więc mogę co nieco powiedzieć o jego wydajności. Trudno to potraktować, jako wyrocznię tego, czy da się przeżyć zimę w kamperze, ale … wygląda to nie najgorzej. W ciągu tego tygodnia zużyłem jedną butlę 11 kg. Z tym, że trzeba Wam wiedzieć, że jestem bardzo ciepłolubny. Wiadomo, jak to na wakacjach – chodzi się w krótkim rękawku 🙂 U mnie momentami termometry pokazywały 24 stopnie i wtedy musiałem całkowicie wyłączać ogrzewanie.

Starałem się również przetestować system rozprowadzania ciepła nadmuchem. Ze względu jednak na problemy z prądem testy były ograniczone i dopiero teraz będę mógł wykonać pełne testy. Do tej pory odkręcałem ogrzewanie do poziomu nie więcej niż 4 i starałem się nie uruchamiać nadmuchu (wentylator pobiera około 22W). Ciepło – w mojej opinii – rozchodziło się dobrze, chociaż podczas parapetówki Paweł twierdził, że musi dodatkowo mieszać powietrzem wewnątrz chodząc na przemian na przód i tył pojazdu. A może po prostu zwiedzał? Kto wie … 😉

Jedna butla na tydzień, to nie jest bardzo tanie ogrzewanie, ale też nie jest to coś, co będzie mi spędzało sen z powiek. Tym bardziej, że mam przetestować jeszcze nieco bardziej wydajny (kaloryczny) gaz, ale o tym na razie sza!

Woda

Dokładnie dzisiaj odbyło się pierwsze tankowanie zbiornika po przywiezieniu kampera do Wrocławia. Poszedł zbiornik około 100 litrów, ale ciężko powiedzieć, że miało to miejsce w ciągu ostatniego tygodnia. Wcześniej również korzystałem z wody. Zbiorniki na ścieki nie wymagają jeszcze opróżniania, ale z tego, co się orientowałem we Wrocławiu są dwa punkty wywozu nieczystości – na Muchoborze i na Krakowskiej.

Co do punktów poboru wody, to próbowałem podpytać na okolicznych stacjach benzynowych… Jak głupi, zapomniałem o moim dobrym znajomym u którego zawsze myję swój motocykl! KryśCar, to najlepsza myjnia w mieście! A na dodatek, jak sobie o nim przypomniałem wczoraj wieczorem i napisałem z pytaniem o tankowanie wody do kampera, to od razu odpisał, że nie ma problemu i żebym wpadał dzisiaj po 11-tej do niego, to ogarnie wąż i nalejemy. Problem dostępu do wody rozwiązany! Do tego preparat AquaClean gwarantujący najwyższą jakość wody przez 6 miesięcy. Zapobiega pojawianiu się i namnażaniu najróżniejszych bakterii. Muszę go tylko jeszcze zamówić, bo kończy się buteleczka, którą dostałem od Pana Jarka 🙂

Ogólne mieszkanie

Nie wiem, czy jest sens pisania ogólnie o moich wrażeniach dotyczących mieszkania w kamperze, ponieważ jestem przekonany, że na razie mogę spoglądać na to nie do końca obiektywnie. Pomimo wszystkich niedogodności, które wystąpiły w minionym tygodniu oceniam mieszkanie w kamperze nader pozytywnie. Z pewnością jednak w sezonie wiosenno-letnim będzie to sprawiało więcej satysfakcji i radości. Jak każdy projekt jednak musi on odchorować tak zwane problemy wieku dziecięcego. To dopiero początek. Nie dało się wszystkiego przewidzieć, a jednak jestem niemal pewien, że niejedna osoba po takim tygodniu dałaby sobie spokój. Ja nie jestem jedną z nich.

Od początku liczyłem się z tym, że nie będzie tak komfortowo, jak to jest w przypadku mieszkania w bloku. O więcej rzeczy trzeba zadbać. Pojawiają się problemy, które musisz rozwiązać samodzielnie, a nie telefonem do spółdzielni. Wy tymczasem możecie się przekonać o tym, za co płacicie tak wysokie czynsze. Ano za to, że to inni rozwiązują problemy dostępu do prądu, wody i ścieków. To inni zapewniają Wam przyłącza do szybkiego internetu najróżniejszych dostawców, którzy wręcz proszą żebyście skorzystali właśnie z ich usługi.

To czego mi brakuje na chwilę obecną, to “szum informacyjny”, którym zawsze lubiłem się otaczać. Podczas pracy na laptopie lubiłem, gdy w tle grał telewizor lub przynajmniej grała muzyka (nie lubię muzyki na słuchawkach, bo odcinają mnie od świata – takie rzeczy tylko w tramwaju!). W ciągu ostatniego tygodnia (bez agregatu) musiałem ograniczać zużycie prądu. Obecnie – z generatorem – będzie to z pewnością bardziej komfortowe. (Na przykład teraz jest całkiem milutko. Piszę sobie artykuły na blog, a z głośników płyną kolejne płyty “Męskiego Grania”.) Nie mam na razie dostępu do TV. Gdybym miał dostęp do internetu po WiFi (lub dużego pakietu danych mobilnych), to byłoby inaczej, bo mam możliwość uzyskać dostęp do telewizji przez internet (CP GO oraz HBO GO dzięki uprzejmości mojej kochanej Siostry). Ta kwestia jednak obecnie schodzi na dalszy plan, a z pewnością nie jest na topie moich aktualnych priorytetów. A co jest?

Na pewno trzeba rozwiązać problem elektrozaworu. Jeszcze nie wiem jak, chociaż mam parę pomysłów. Muszę je tylko skonsultować z kimś mądrzejszym, kto ma obeznanie w obowiązujących przepisach i umie określić stopień bezpieczeństwa ich wdrożenia. Poza tym, dobrze byłoby przetestować ten lepszy gaz.

Natomiast warto wspomnieć, że posiadanie generatora rozwiązało jeszcze jeden mój problem. Nosiłem się bowiem z zakupem bojlera grzewczego do wody na gaz. Taki bojler kosztuje około 3 tysiące złotych. Ten wydatek na chwilę obecną mnie ominie całkowicie i mam wątpliwości, czy kiedykolwiek podejdę do tego tematu ponownie.

To tyle ode mnie na chwilę obecną. Mam nadzieję, że kolejne wpisy będą pojawiały się bez tygodniowych opóźnień. Jak widzicie działo się sporo, więc było o czym pisać. Jedyne, czego mi brakowało, to czas i prąd 🙂

Jeśli masz jakieś uwagi, pytania, śmiało pisz w komentarzu lub skorzystaj z formularza kontaktowego!

Pierwszy tydzień mieszkania w kamperze (vol. 2)

Pierwszy tydzień mieszkania w kamperze (vol. 2)

W sobotę miała miejsce parapetówka. W wydarzeniu zadeklarowało wzięcie udziału kilkanaście osób. Na placu Społecznym odwiedziły mnie cztery osoby, na parkingu po powrocie jeszcze dwie. Kilka osób przyjechało nieco za późno 😉 Tu należy się słowo wytłumaczenia.

Ze względu na pogodę oraz moje samopoczucie zwinąłem żagle już około 19:00 zamiast – jak było napisane w wydarzeniu – o 21:00. Niestety, choroba Synka przeniosła się i na mnie. Uderzyła praktycznie dokładnie po 24 godzinach od naszego kontaktu. Wirusy, to straszne cholery…

Jeśli zatem ktoś jeszcze pojawił się na placu Społecznym, ale mnie nie zastał, to serdecznie przepraszam za moje zbyt wczesne opuszczenie posterunku. Z tego, co mi wiadomo, to były na pewno 2-3 osoby – i z tego miejsca jeszcze raz ogromne przeprosiny – miejcie mnie za wytłumaczonego. Moje drzwi są dla Was jednak zawsze otwarte! 😀

Noc z soboty na niedzielę w niczym nie przypominała poprzedniej. Przede wszystkim dlatego, że nie był to już dzień kolonisty. Tej nocy spałem już normalnie w łóżku i pod ciepłą kołderką! Po drugie, postanowiłem uruchomić na noc ogrzewanie. W dziesięciostopniowej skali piecyk gazowy został przeze mnie ustawiony na 3 i to rozwiązanie znakomicie dało radę. Może to jest również zasługa tego, że łóżko jest nieco wyżej, a jak wiadomo ciepłe powietrze idzie do góry 🙂 Jakby ktoś miał wątpliwości, to dowód znajdzie poniżej:

Niedzielę jakoś przetrwałem (mówię tu o zdrowiu, a nie o komforcie mieszkania), a w poniedziałek do pracy. Muszę przyznać, że bardzo dziwnie się wstaje do pracy podczas mieszkania w kamperze. Niby wszystko fajnie, ale pozostaje jakiś niesmak… Czujesz się, jakbyś był na wakacjach, a musisz wstawać do roboty. No kto to widział?! 😉 Poważnie, w kamperze czuję się, jak na wczasach. W sumie, aż głupio pisać na przykład o problemie z dostępem do internetu, bo przecież, kto szuka internetu na urlopie?

A jednak, przez tych kilka dni mieszkania w kamperze porobiłem sobie trochę zaległości z moją drugą “pracą”, które musiałem jak najszybciej nadrobić. W międzyczasie jeszcze przechodziłem z oferty na abonament w Play do oferty na kartę, bo na prepaida mieli lepszą ofertę (sic!). Moje perturbacje związane z przeniesieniem numeru wystarczyłyby chyba na na zupełnie osobny wpis, ale na chwilę obecną ograniczę się do stwierdzenia, że cała operacja zaowocowała reklamacją – zobaczymy, co z tego wyniknie. Z tymi problemami związany jest również brak wpisów tutaj i na stronie FB projektu. Wybaczcie, ciągle rozpatruję oferty operatorów odnośnie internetu mobilnego i niestety nie znajduję nic, co by mnie zadowalało w stu procentach. Może ktoś umie coś podpowiedzieć?

Wracając jednak do poniedziałku … We wcześniejszym wpisie mogliście przeczytać o problemie związanym z instalacją elektryczną akumulatora samochodowego. W poniedziałek – 18 września – udało mi się dodzwonić do firmy UniGas, która montowała mi zbiornik z gazem. Po krótkiej rozmowie telefonicznej problem został w zasadzie zdiagnozowany. Cewka elektrozaworu działa na zasadzie odciągania trzpienia, czy może tłoku (jak zwał, tak zwał) umożliwiając przepływ gazu do instalacji. Cewka potrzebuje stałego dopływu prądu i wychodzi na to, że nie małego. Problem nie istnieje podczas pracy silnika, ponieważ zasilanie idzie praktycznie z alternatora, ale na postoju cały czas ciągnie z akumulatora. Ten problem został przez wszystkich całkowicie przeoczony. Zobaczymy zatem, co z tym fantem zrobić. W poniedziałek 25 września jestem umówiony na wizytę w UniGas, może ich mądre głowy coś wymyślą.

Na mnie czekała jeszcze w nadchodzącym tygodniu moc innych atrakcji związanych z prądem, ale o tym już w kolejnym wpisie … Wspomnę jedynie, że standardowy akumulator raz wyczerpany do zera nigdy nie odzyska już swojej świetności.

Pierwszy tydzień mieszkania w kamperze (vol. 1)

Pierwszy tydzień mieszkania w kamperze (vol. 1)

Pierwszy tydzień mieszkania w kamperze obfitował w wiele niespodzianek, ale może zacznijmy od samego początku.

Ostateczna przeprowadzka miała miejsce w piątek 15 września. W ciągu dnia zajmowałem się moim Synkiem, który ze względu na problemy zdrowotne nie mógł pójść do żłobka. Opiekowałem się nim do godziny 16:00, więc na przeprowadzkę zostały mi około 2-3 godziny. Większość rzeczy była już spakowana, trzeba je było tylko przenieść, więc zadanie jak najbardziej do zrealizowania.

Poszedłem zatem na parking, żeby podjechać kamperem bliżej domu. Ku mojemu zdumieniu, na tablicy rozdzielczej samochodu zupełnie ciemno. Po przekręceniu kluczyka w stacyjce nie zapaliła się żadna kontrolka. Rozrusznik oczywiście nie reagował nawet w najmniejszym stopniu. Tak pojawił się pierwszy problem, który należało zdiagnozować.

Na początek szybka reakcja i telefon do kolegi Damiana, żeby odpalić na kablach. Tu niestety pojawił się brak kabli. Na szczęście w pobliżu dwa sklepy z częściami samochodowymi i wkrótce problem braku kabli przestał istnieć. Ale poziom gotówki w portfelu zeszczuplał o 70 złotych.

Damian przyjechał po około 20 minutach. Na odpalonym aucie Damiana podpięliśmy kable do obu akumulatorów i w oczekiwaniu na naładowanie mojej baterii samochodowej zaczęliśmy zastanawiać się nad możliwymi przyczynami awarii prądu. Akumulator samochodowy nie ma nic wspólnego z zasilaniem zabudowy, więc nawet gdybym zostawił zapaloną jakąś żarówkę, czy wiatrak od rozprowadzania ciepła, to i tak nie ma możliwości, żeby go rozładowało. Może to wilgoć spowodowała jakieś zwarcie? Nasze rozważania były czysto teoretyczne, a co za tym idzie bezowocne. W końcu jednak mój kamper odpalił i przejechałem pod stróżówkę na parkingu, żeby podładować akumulator stałym prądem. Tym samym nici z podjechania pod dom, żeby bliżej było nosić.

Kamper podjadał sobie prąd, a ja nosiłem swoje rzeczy. Po około 30-40 minutach postanowiłem sprawdzić, jak mu idzie … Najpierw odłączyłem 230V i sprawdziłem poziom naładowania na panelu sterującym. Nie wyglądało to dobrze. Kontrolka wskazywały na ledwie 1/3 poziomu mocy. Czy silnik będzie w stanie odpalić? Mimo wszystko postanowiłem przekręcić kluczyk w stacyjce. Kontrolki zapaliły się, by po przekręceniu stacyjki w pozycję rozruchu zgasnąć już bezpowrotnie. Mieszanka zdumienia, zdenerwowania i niepokoju zalewała mój umysł naprzemiennie. Zacząłem się zastanawiać skąd nagle wystąpił tak poważny problem? Zastanawiający był fakt, że akumulator rozładował się w ciągu kilkunastu godzin do zera, a następnie nie chciał się naładować.

Analiza

Może niechcący zostawiłem włączoną przetwornicę? Ona, jako jedyna jest podpięta bezpośrednio do akumulatora, a pewnie i w stanie bez obciążenia swoje pobiera. Co prawda nie korzystałem z niej jeszcze, ale może podczas poprzedniego noszenia i układania rzeczy trąciłem jej przełącznik? Sprawdziłem zatem przetwornicę. To nie było to.

Czy ostatnio był zmieniany jakiś element instalacji w kamperze? No tak, ale instalacji gazowej. Montowany był zbiornik na gaz. Do akumulatora podpinany być przełącznik elektrozaworu. Elektro… zawór – pomyślałem. Czyżby było coś nie tak z tą nową instalacją? Może coś jest nie tak podłączone? No bo sama instalacja przecież nie może być problemem. Tysiące aut jeździ na gaz i nie mają rozładowanych akumulatorów, prawda?

Ponownie otworzyłem maskę, ale że znam się na autach, jak Lotek, to niewiele z tego wynikało. Przeglądanie instalacji samochodowej w poszukiwaniu ewentualnego zwarcia, to nie bułka z masłem. Postanowiłem po prostu wyciągnąć bezpiecznik nowej instalacji, aby przerwać obwód i ponownie spróbować naładować akumulator. Jeżeli to ten nowy element instalacji jest przyczyną, to w ten sposób będę w stanie to zdiagnozować.

Po dwóch godzinach ponownego ładowania akumulator był naładowany na tyle, by odpalić silnik. Wygląda na to, że zdiagnozowałem problem. Choć nie całkowicie. Oczywiście wyjmując bezpiecznik odciąłem sobie dopływ gazu, więc musiałem się przełączyć z powrotem na butle.

W firmie, która montowała zbiornik nikt nie odbierał telefonu, a niebawem mieli kończyć pracę. Bez konsultacji z nimi nie będę w stanie rozwiązać tego problemu całkowicie, ale przeprowadzka jest ważniejsza, więc nie mogę sobie pozwolić na dzwonienie do nich co pięć minut. Piątek dobiegał końca, więc z tym tematem musiałem się wstrzymać do poniedziałku.

Przenoszenie rzeczy zakończyłem o godzinie 19:00. Kilkanaście minut później spotkanie z właścicielem mieszkania celem odebrania pokoju, a następnie powrót do kampera.

Wnętrze zawalone rzeczami tak, że nie ma się gdzie ruszyć. Teraz trzeba to wszystko jakoś sensownie upakować i poukładać w dostępnych szafach, szafkach i schowkach. Zeszło mi z tym praktycznie do północy, a i tak nie uporałem się ze wszystkim. Byłem już okropnie zmęczony i postanowiłem, że tej nocy zrobię sobie “dzień kolonisty”. Wskoczyłem w śpiwór i poszedłem spać na jednej z dolnych kanap.

Obudziłem się około 5 rano z powodu przenikliwego chłodu. Wieczorem było mi tak ciepło, że nawet nie pomyślałem o włączeniu ogrzewania. Popatrzyłem na termometr – temperatura wnętrza: 13 stopni. Nic dziwnego, że jest mi zimno – pomyślałem – śpiwór gwarantuje komfortowe spanie w temperaturze powyżej 15. Taki śpiwór miałem, chyba trzeba będzie kupić cieplejszy 😉

Odpaliłem ogrzewanie i – możecie mi nie wierzyć – w ciągu 5 minut w moim kamperze było już znośnie, a w ciągu 15 minut było już ciepło na tyle, że postanowiłem nie kłaść się ponownie do snu tylko dokończyć układanie rzeczy. Tego dnia od 16:00 na placu Społecznym miała się odbyć parapetówka, więc kamper musiałem doprowadzić do przynajmniej względnego porządku.

Jak zatem widzicie już pierwszy dzień przeprowadzki obfitował w niespodzianki. A to był dopiero początek …

Ma cztery mieszkania i mieszka w kamperze?

Ma cztery mieszkania i mieszka w kamperze?

Zamiana mieszkania na kampera? Podczas tworzenia mojego projektu postanowiłem sprawdzić, czy ktoś jeszcze prowadzi taki lub podobny styl życia. No i znalazłem.

Mowa o Witoldzie Zbijewskim, człowieku, który na długo przede mną wdrożył mój projekt w życie. Okazuje się, że Witek przeprowadził się do kampera już jakiś czas temu. Żyje tak sobie powoli, pracuje przez dwa, cztery miesiące w roku. Jednak kim naprawdę jest Witek? Jak sam napisał w swoim biogramie na FB: “trener wolnego czasu, szofer kamperowy, kapitan jachtowy“. Tymczasem wyniki wyszukiwania osoby Witka prowadzą do pewnego dysonansu poznawczego.

Generalnie polecam zajrzeć na profil Witka, czy na jego stronę. Witek – odkąd poznałem jego historię – wydał mi się osobą niezwykle pozytywną. “Przeszedł na emeryturę” w wieku około czterdziestu lat. Doświadczony przez życie stwierdził, że trzeba zacząć się nim cieszyć. Generalnie ten pozytywny obraz Witka, zmęczonego pracą w korporacji i ciągłym zabieganiem, przebija również z reportażu Polskiego Radia ze stycznia 2015, którego można posłuchać tutaj:

Wywiad z Witoldem Zbijewskim - Polskie Radio

http://www.polskieradio.pl/9/325/Artykul/1348715,Praca-w-korporacji-niepotrzebna-do-zycia

Zgoła odmienne wrażenia pozostają jednak po obejrzeniu materiałów telewizji TVN (również z tego samego okresu – styczeń 2015). Zbudowała ona obraz człowieka, który wpadł w tarapaty finansowe i został zmuszony do oszczędnego życia. Obejrzyjcie sami:

Rozmowa o sytuacji Witolda Zbijewskiego w studio Dzień Dobry TVN oraz wywiad.

http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/ma-cztery-mieszkania-i-mieszka-w-kamperze,154309.html

Prezentowany obraz jakoś nie pasuje mi do osoby Witka. Ale czy jest prawdziwy? Nie zapytałem go o ten reportaż (może przy innej okazji), ale wymieniłem się z nim ostatnio kilkoma mailami i nie sprawia on wrażenia człowieka w tarapatach finansowych. Nie wiem, czy ma obecnie cztery mieszkania, czy może trzy, a może wszystkie mieszkania już sprzedał. Nie interesowało mnie to, co doprowadziło do zamieszkania w kamperze. Bardziej interesowało mnie, jak sobie radzi. Co robi zimą. Jak zarabia na życie.

Szczerze mówiąc gotów jestem zaryzykować stwierdzenie, że telewizja musiała to tak przedstawić. Czy jesteś bowiem w stanie sobie wyobrazić ogólnopolską telewizję głoszącą hasła minimalizmu? Wyobrażasz sobie blok reklamowy, w którym np. producent pralek/zmywarek mówi, że to jego wyrobu potrzebujesz, aby wreszcie być szczęśliwym i mieć więcej wolnego czasu, a chwilę później reportaż zachwalający mieszkanie w kamperze?

Mojemu projektowi przyświeca właśnie filozofia minimalizmu (aczkolwiek nie bez przesady). Mam wrażenie, że do szczęścia jest potrzebne naprawdę niewiele. Ot, mała przestrzeń tylko dla nas i cały świat w zasięgu ręki.

To, co mnie odróżnia od Witka, to między innymi fakt, że ja nie mam żadnego mieszkania. Drugą różnicą jest to, że nie zamierzam rzucać pracy na etacie dopóki nie spłacę swoich zobowiązań. Trzecia różnica, to moja chęć mieszkania w kamperze przez okrągły rok – również zimą. To oczywiście wyłącznie podstawowe różnice, choć oczywiście jest ich więcej (na przykład jestem od niego trochę młodszy ;)). Mój plan jest zatem nieco bardziej ekstremalny, ale nie o to w tym chodzi. Jeśli mieszkanie zimą w kamperze w naszym klimacie się nie sprawdzi, to przez tych kilka lat (do spłaty zobowiązań) będę sobie próbował radzić inaczej. Natomiast w późniejszym okresie… no cóż, świat stoi przede mną otworem! A na południu europy zimą jest dużo cieplej niż w Polsce …

Jeśli chcesz wiedzieć na bieżąco, na jakim etapie jest realizacja mojego planu zachęcam do czytania bloga oraz obserwowania moich profili na portalach społecznościowych!