Ile kosztuje mieszkanie w kamperze?

Ile kosztuje mieszkanie w kamperze?

Pytania o mieszkanie w kamperze zawsze wiążą się z jego aspektem finansowym. Nie będę teraz wnikał, na ile wynika to z oczywistego zainteresowania materialnym wymiarem zamieszkania w kamperze, a na ile z dziwnej pokusy zaglądania do cudzego portfela. Tym niemniej w tym wpisie postaram się, jak najlepiej przedstawić to zagadnienie. Oczywiście subiektywnie i na miarę moich skromnych możliwości.

Na pewno nie możemy generalizować. Każdy ma nieco inny tryb życia, z którego będzie wynikało inne zużycie mediów (woda, gaz, prąd). Zatem fakt, że u mnie to wygląda w dany sposób, nie oznacza, że w przypadku innej osoby będzie podobnie. Nie każdy będzie spłacał kredyt na zakup kampera, nie każdy też będzie go stawiał na parkingu strzeżonym. 

Koszty utrzymania kampera

Wśród tych kosztów odnajdziemy tylko te, które bezwzględnie odnoszą się do tego, że mieszkam w kamperze, czyli takie, których nie ponosiłbym, gdybym kampera nie miał i w nim nie mieszkał.

Moje mieszkanie w kamperze obejmuje zatem ratę kredytu (900 zł), opłatę za miejsce parkingowe (125 zł), koszt OC (62,83 zł) oraz przeglądu (10,50 zł). Dwie ostatnie pozycje, to oczywiście koszty roczne – OC wyniosło 754 zł, a przegląd 126 zł – więc zostały one przeze mnie podzielone przez 12. Łącznie daje nam to: 1098,33 zł.

Media (woda, gaz, prąd)

Mieszkanie w kamperze wymaga zaopatrzenia się w wodę, prąd i gaz. Nie inaczej jest u mnie. Co tydzień tankuję wodę na myjni. Do zbiornika wlewam mniej więcej 100 litrów, co kosztuje mnie 10 zł. Miesięcznie daje nam to około 45 zł. Do tego należy doliczyć zużycie wody butelkowanej. U mnie jest to mniej więcej 1,5 litra na dobę (tak, prowadzę statystyki). Dużo zależy zatem od tego, jaką wodę kupię. Uśredniając: 22 zł. Zatem łącznie za wodę płacę około 67 zł.

Zużycie gazu jest zróżnicowane, co możecie zaobserwować na prezentowanym wykresie. Tym niemniej średnio w ciągu ostatnich 10 miesięcy należy przyjąć miesięczny koszt w wysokości 294,30 zł.

Za prąd nie płacę, bo panele słoneczne generalnie dają radę zaspokoić moje zapotrzebowanie. Jednak trzeba wziąć pod uwagę, że z prądu w kamperze korzystam oszczędnie i w pochmurne dni wolę na przykład ładować telefon w pracy, i w ogóle nie podłączać go do ładowania w kamperze. Dlaczego zatem napisałem “generalnie”? Ponieważ jesienią i wczesną wiosną kupiłem paliwo do agregatu (generatora), a wynikało to z faktu, że potrzebowałem 230V w gniazdkach kamperowych i celem sprawdzenia lodówki. Część benzyny jest jeszcze w kanistrze, ale dla uproszczenia policzymy wszystko, a to da nam koszt miesięczny 9,64 zł.

Do tego opłaty za internet i telefon. Internet odkąd go zakupiłem kosztuje mnie 29 zł (Nju). Jedyne, co uległo zmianie, to limit GB. Na początku było ich 40, a obecnie jest ich aż 100. Za telefon na początku płaciłem 39 zł, a od maja jest to 25 zł. Dla uproszczenia przyjmiemy jednak 30 zł, jako miesięczny koszt utrzymania telefonu.

Łącznie daje nam to: 429,94 zł.

Inne wydatki na mieszkanie w kamperze

Benzyna: 173,95 zł. Myjnia: 30 zł. Pranie i suszenie: 67 zł. Drobne naprawy i sprzęty domowe, to średni miesięczny koszt: 96,38 zł.

Łącznie: 367,33 zł

W ciągu ostatniego roku zakupiłem również nowe opony i rozrusznik, co było niemałym wydatkiem. Musiałem ponieść również koszt mechanika, którego odwiedziłem nie tylko przy tych okazjach. Tego jednak nie liczę. Wydaje mi się, że te wydatki są zbyt nieregularne i uzależnione od wielu okoliczności, a mogłyby bardzo zaburzyć wizerunek całokształtu kosztów. Przecież równie dobrze opony mogły być wymienione dwa lata temu, a my bierzemy pod uwagę ostatni rok. Gdybym brał to pod uwagę, to musiałbym w sekcji wydatków na prąd uwzględnić koszt zakupu paneli słonecznych.

Podsumowanie kosztów

Łączne, miesięczne wydatki na mieszkanie w kamperze wynoszą około 1895,60 zł. Oczywiście nie są to wszystkie wydatki, jakie ponoszę miesięcznie podczas swojego mieszkania w kamperze. Nie wzięliśmy pod uwagę choćby wydatków na żywność, czy też moich stałych, miesięcznych zobowiązań niezależnych od mieszkania w kamperze. W ogóle nie zainteresowaliśmy się również wydatkami związanymi z utrzymaniem motocykla. Dlaczego? Ponieważ nie zajmujemy się tutaj zaglądaniem mi do portfela. Nie użalamy się nad tym, jak ciężko jest przeżyć samemu cały miesiąc za “minimalną krajową” nawet, gdy się mieszka w kamperze (czyli de facto jest się bezdomnym). Wpis ten ma być wskazówką dla wszystkich, którzy rozważają podjęcie się podobnego wyzwania.

Wiadomo, że gdyby ktoś chciał zamieszkać w kamperze i podróżować, to wydatki na paliwo znacznie by się zwiększyły. Jednak gdyby podróżował w cieplejszych krajach miałby mniejsze wydatki na gaz. Przy intensywnym użytkowaniu więcej też mogłoby wynikać awarii i koniecznych napraw… Naprawdę ciężko zatem jest wszystkie koszty dokładnie sobie skalkulować i na pewno warto je nieco zawyżać, czy może raczej zawrzeć przynajmniej 20% bufor finansowy na nieprzewidziane wydatki. Lepiej żeby później zostało, prawda?

Moje osobiste refleksje

Biorąc pod uwagę powyższe dane, warto pokusić się o odpowiedź na pytanie, czy po niemal dwóch latach mieszkania w kamperze nie żałuję tej decyzji?

Będąc zupełnie szczerym miewam chwile zwątpienia. Zastanawiam się nad tym, czy na pewno była to najsłuszniejsza z możliwych decyzji. Nie wszystko przecież poszło zgodnie z planem. Miały być weekendowe wyjazdy (jest proza życia), nagrywanie filmów na YouTube, wrzucanie zdjęć na profile społecznościowe, pisanie artykułów na bloga. Tym niemniej zrealizowałem swój plan minimum.

Udowodniłem sobie, że dam radę. Udowodniłem innym, że mieszkanie w kamperze jest możliwe w naszym klimacie. Spotykam się z pewnymi niedogodnościami. Mniejszymi (jak deszcz uderzający w dach kampera podczas burzy) i większymi (jak nieprzewidziane wydatki, niemieszczące się w budżecie na dany miesiąc i nagłe awarie). Tym niemniej wciąż się nie wyprowadziłem, prawda? Na resztę (czytaj: porządny rozwój projektu), chyba po prostu musi przyjść odpowiedni czas.

Z pewnością będzie łatwiej, gdy będzie mniej obciążeń finansowych, a mój synek będzie na tyle duży, by mógł się wybrać w podróż razem ze mną. Między innymi z tego względu trudno pojechać gdzieś nawet na weekend, bo jest to czas, który spędzamy w dużej części razem, a nie do końca odpowiada mu jechanie “domkiem”… 😉

Ciekaw jestem, co Wy o tym myślicie. Zostaw więc swój komentarz pod artykułem lub na profilu FB! 🙂

“Gdzie będziesz jechał?”

“Gdzie będziesz jechał?”

Tytułowe pytanie pojawia się za każdym razem, gdy zbliża się kilka dni wolnego, albo informuję o tym, że wybieram się na urlop. Z przykrością stwierdzam, że najczęściej odpowiedź brzmi: “nigdzie”. Czasami swoją odpowiedź nieco rozwijam: “nie wiem, czy w ogóle gdzieś pojadę”. Dlaczego tak jest? Dlaczego – jak mogłoby się wydawać – nie korzystam z możliwości mieszkania w kamperze?

Odpowiem na to pytanie nieco wymijająco… Posiadasz auto? Tak? A gdzie teraz jedziesz? Nigdzie? A jutro, gdzie pojedziesz? Tylko do pracy i z powrotem? No co ty… A więc mówisz, że ‘może na zakupy jeszcze pojedziesz’, no to fantastycznie…

Nigdy nie ukrywałem, że swojego kampera kupiłem do mieszkania. Podróżowanie – w pełnym tego słowa znaczeniu – to raczej kwestia przyszłości. Gdy kredyt będzie spłacony, ja będę miał więcej wolnego czasu i nie będę ograniczany pracą na etacie. Pytania o podróże i kręcenie nosem, że nie wykorzystuję w pełni potencjału, jaki wynika z mieszkania w kamperze, jest co najmniej zdumiewające… Może to wyolbrzymiam, ale … Skoro masz dwie nogi, to po co w ogóle siadasz? Jest tyle pięknych miejsc do odwiedzenia, wstawaj, idź, zwiedzaj, korzystaj!

I tu wracamy do (chyba) odwiecznej kwestii tego, że ludzie zawsze lepiej wiedzą, jak powinieneś pokierować swoim życiem. Swoim – nie bardzo, ale twoim? Najlepiej!

Nie chce mi się za każdym razem tłumaczyć, dlaczego nigdzie nie jadę. Powody są bardzo różne. Po przedostatniej zimie musiałem odbudowywać swój budżet domowy. Konieczność kupowania butli z gazem dość mocno go nadwyrężyła. Tej zimy na szczęście nie było tak źle (niebawem wrzucę zaktualizowane dane o wydatkach na gaz – stay tuned!). Część oszczędności wydałem jednak jeszcze jesienią na wymianę opon w kamperze. Zimą odbudowywałem więc swój fundusz awaryjny i odkładałem pieniądze na zbliżające się – mniej lub bardziej planowane – wydatki.

Ubezpieczenie OC kampera

W kwietniu kończyło mi się ubezpieczenie. W ubiegłym roku kosztowało mnie ono 907 zł za cały rok. W tym roku wyszło trochę mniej, bo 754 zł. Tym niemniej nadal jest to dosyć duży wydatek.

Podczas badania możliwości korzystania ze zniżek, okazało się, że nie będę mógł za trzy lata – licząc od daty pierwszej rejestracji – skorzystać z 70% zniżki na OC w PZU dla pojazdów powyżej 25 lat jeżeli nie załatwię sobie “żółtych tablic” i papierów, że mój kamper “uznany jest przez uprawnionego rzeczoznawcę samochodowego za pojazd unikatowy lub mający szczególne znaczenie dla udokumentowania historii motoryzacji“. PZU arbitralnie zmieniło swoją decyzję w grudniu ub.r., a PZM wydał lakoniczny komunikat na swojej stronie: https://www.pzm.pl/pojazdy-zabytkowe/pzu.

UPDATE: Jest możliwość uzyskania ubezpieczenia na preferencyjnych warunkach od Compensy – nowego partnera PZM. Oficjalna informacja od PZM dostępna jest na stronie: https://www.pzm.pl/news/2019/pojazdy-zabytkowe/znizka-na-oc-od-compensy. Niestety ten pierwszy komunikat troszkę lepiej się pozycjonuje w wyszukiwarce 😉

Zakup motocykla

Naprawy mojego starego motocykla (Yamaha FZR 1000) spędzały mi sen z powiek. Moja “Żółta Strzała” wymagała wymiany lag, napędu, opon i kilku innych napraw. Orientacyjne koszty oscylowały w okolicach kilku tys. złotych. Poza tym chciałem zaznać odmiany i mniej więcej od lutego obserwowałem sobie nowe oferty na motocykle pojawiające się w sieci. Szukałem wśród miejskich nakedów, motocykli turystycznych i sportów czegoś, co by mnie zainteresowało i było w moim zasięgu finansowym.

Po dwóch miesiącach poszukiwań wybór padł na Kawasaki GPZ 1100. Musiałem po niego jechać w okolice Jeleniej Góry, ale było warto.Jest to motocykl tak mocny, jak Yamaha (nie będzie mi brakowało koni po przesiadce), ale przystosowany bardziej do jazdy w dłuższe trasy. Mam już za sobą jedną 500 km podróż i muszę powiedzieć, że faktycznie – ten motocykl jest przygotowany do nabijania kilometrów 😉 Wysoka szyba z dodatkowym deflektorem i robione na zamówienie siedzenie z żelowymi wkładkami… no po prostu bajka!

Jestem zadowolony z podjętej decyzji o zakupie nowego motocykla. Yamahę udało mi się sprzedać niemal dokładnie za tyle, za ile ją kupiłem dwa lata temu, a nowy motocykl po zakupie wymagał jedynie niewielkiego wkładu finansowego (na szczęście napęd jest prawie nowy, lagi wymagały jedynie uszczelnienia, a opony spokojnie przejeżdżą ten sezon).

Obecnie Kawa daje mi sporo frajdy i radości z jazdy. Co prawda pogoda ostatnio nie sprzyja, ale mam nadzieję, że wkrótce to się zmieni i będę mógł więcej bywać w plenerze – zarówno motocyklem, jak i kamperem… 🙂

Rok minął, projekt się nie kończy :)

Rok minął, projekt się nie kończy :)

Minął rok od mojego zamieszkania w kamperze. I muszę Wam się z ręką na sercu przyznać, że sam jakoś nie zwróciłem na to uwagi. 15 września br., to była dla mnie zwykła, zupełnie niczym się nie wyróżniająca sobota. No może poza tym, że następnego dnia się dość poważnie rozchorowałem. Ale absolutnie nie o tym jest ten wpis. Pokuszę się w nim o krótkie podsumowanie ostatniego roku i spróbuję nakreślić dalsze losy projektu.

Chwile zwątpienia

W ciągu ostatniego roku miałem wiele chwil zwątpienia. Gdy poprzedniej zimy po raz kolejny chorowałem i musiałem się mierzyć z samotnym przebywaniem w kamperze 24 godziny na dobę przez tydzień, półtora, nie było mi łatwo. Gdy zimą budziłem się z zimna w środku nocy i musiałem jechać na stację po gaz. Gdy latem nie mogłem zasnąć do późnych godzin nocnych z powodu temperatury powyżej 30 stopni*. Gdy musiałem odmawiać sobie po raz kolejny podróży ze względów finansowych i mieszkanie w domu na kołach wydawało się nie być żadnym udogodnieniem (ze szczególnym uwzględnieniem wyprawy na Mazury, która była dograna niemal na 100%, a w ostatnim momencie okazało się, że nie dam rady jechać). Gdy udało mi się umieścić dwa filmy na moim kanale na YT podsumowujące zimę i wiosnę w kamperze, ale wciąż brakuje czasu na nagrywanie i wstawianie kolejnych. Gdy FB po raz kolejny przypomina, że osoby lubiące profil “inaczej” nie mają ze mną kontaktu. Gdy w środku ulewnej nocy obudziło mnie kapanie wody z dachu wprost na mojego laptopa. Gdy kamper nie przeszedł przeglądu. Gdy pojawiał się kolejny nieprzewidziany wydatek. W takich chwilach również przychodziły chwile refleksji nad tym, czy to wszystko idzie w dobrym kierunku …

Refleksja

A jednak miniony rok wzbogacił mnie o nowe doświadczenia. Pokonałem tak wiele przeciwności, odnalazłem się w nowej rzeczywistości i wykonałem szereg usprawnień. To co mnie wcześniej zaskakiwało, dzisiaj jest przewidywalne.

W ciągu ostatniego roku poznałem kilka osób, które chciały zobaczyć na własne oczy, jak wygląda mieszkanie w kamperze na co dzień. Jeszcze więcej osób poznałem przez internet (na przykład Dorotę, która mieszka w kamperze z dwuletnim synkiem, czy Marcina, który mieszka w blaszaku od trzech lat i wspominał w rozmowie, że nieraz zimą miał w środku -13°C). Dostałem też wiele słów wsparcia i życzeń wytrwałości od osób, które trafiły na moją stronę i profile zupełnie przypadkiem. Z okazji swoich urodzin zamówiłem i rozdałem 20 kubków projektu inaczej 🙂 Co z tym wszystkim? Miałbym się z tym pożegnać, zaprzepaścić, wrócić do tzw. “normalnego” życia? Za nic w świecie!

Tym bardziej, że za każdym razem, gdy spotykam się ze swoim synkiem on pyta, czy idziemy do kampera – to, co mi już spowszedniało, dla niego wciąż stanowi nie lada atrakcję 🙂 O ile na samym początku wszystko go interesowało, wszystkiego chciał dotknąć, włączać, wyłączać, tak teraz lubi sobie choćby usiąść przy otwartym oknie, komentować to, co widzi, rozmawiać z przechodniami i machać im “na do widzenia” 😉

Co dalej?

Jakie będą dalsze losy projektu “Inaczej”? Udowodniłem już, że można mieszkać w kamperze w naszych warunkach klimatycznych, a co najważniejsze, że można w kamperze mieszkać w Polsce również zimą. Jaki zatem jest sens kontynuowania projektu?

Ogromny. Moje życie będzie się zmieniało – chcę żeby tak było i będę do tego dążył. Projekt będzie musiał ewoluować. Od dziś skupię się nie na tym, że się da, ale na tym, jakie wymierne korzyści to przynosi. Chciałbym dotrwać do momentu, w którym nie będę już spłacał kredytu na kampera.  Ograniczyć koszty i pokazać, że można żyć taniej i oszczędniej, a co za tym idzie – poza tym całym schematem uczącym nas, że tylko wyższa pensja, większe mieszkanie (lub domek za miastem) może przynieść satysfakcję z życia. (Chciałbym też zacząć częściej i dalej podróżować!)

Plan na już jest taki, by zacząć tworzyć vloga. Pewnie nie daily, ale może weekly. Moim celem jest również zakup profesjonalnego sprzętu do dokumentowania mojego życia w kamperze. Przez zimę zapewne nie uda mi się tego zrealizować, bo zapewne – jak poprzedniej zimy – ogrzewanie pochłonie wszystkie środki (zarówno oszczędności, jak i przychody nadprogramowe np. z robienia stron). Dlaczego “zapewne”?

Ano dlatego, że zdecydowałem się uruchomić swój profil na Patronite. Nie mam zamiaru “zarabiać” na projekcie. Zbudowanie jednak społeczności, która dokłada swoją – nawet najmniejszą – cegiełkę do wsparcia projektu, z pewnością będzie dodatkowym czynnikiem motywującym do większego zaangażowania się w rozwijanie projektu za pośrednictwem portali społecznościowych. Czytałem na ten temat i postanowiłem spróbować. To tak, jak z tworzeniem czegoś “do szuflady”. Możesz swoje myśli przelewać na papier albo tworzyć wyjątkową muzykę – robić to wyłącznie dla siebie. Może się jednak okazać, że jest grono osób, które po zapoznaniu się z twoją twórczością zachęci cię do postawienia kolejnego kroku na tej drodze. Tak powstają wielkie kariery. Ja nie chcę budować kariery, ale wsparcie patronów z pewnością pomoże mi odnaleźć większą motywację do rozwijania projektu. A kto wie, jeżeli projekt się rozwinie, to może za jakiś czas nowszy model kampera? Przy okazji serdeczne podziękowania dla mojego pierwszego patrona! Dziękuję Paweł!

Niezależnie jednak od dalszego rozwoju projektu za pośrednictwem Patronite, mam nadzieję, że uda mi się projekt nadal rozwijać. Jeśli będzie trzeba to samotnie, a jeśli będę miał przy sobie choćby kilka wspierających mnie duszyczek, to będzie tylko przyjemniej! 🙂

Tymczasem jeszcze raz dziękuję za wszystkie słowa zachęty, wsparcia i motywacji! Mam nadzieję, że przed nami kolejny rok, który będzie dużo owocniejszy w kamperowe przygody! 🙂

_____

* Nie zdarzało się to bardzo często. Ale gdy zostawiałem kampera pozamykanego, a pracowałem na popołudniowej zmianie, to po powrocie do domu (około 22.00) musiałem naprawdę przez kilka ładnych godzin zbijać temperaturę żebym mógł zasnąć 🙂

Sprawność moich paneli słonecznych

Sprawność moich paneli słonecznych

Jak mogliście się dowiedzieć z moich dwóch poprzednich wpisów, zamontowałem na dachu mojego kampera dwa elastyczne panele słoneczne o mocy 100W każdy. Pora na małe podsumowanie. Jak zatem w praktyce wygląda sprawność moich paneli fotowoltaicznych? (Dla tych mniej zainteresowanych tl;dr na końcu wpisu.)

Testy w zmiennych warunkach i przy zmiennym wykorzystaniu nie wypadały najlepiej. A to ze względu na zbyt wysoką temperaturę na zewnątrz. A to znów duże zachmurzenie. W końcu jednak udało mi się przeprowadzić dość miarodajny test. Ale zanim przejdziemy do sedna, powiem nieco o tym, jak moje panele fotowoltaiczne sprawowały się w tych mniej atrakcyjnych warunkach zewnętrznych.

Ponieważ w ciągu dnia nie było mnie w kamperze obawiałem się pozostawiać włączony obwód zewnętrzny. Popołudniami i wieczorami korzystałem z laptopa, ładowałem urządzenia, korzystałem z wody (działała pompa) i oświetlenia bez przesadnego oszczędzania. Wszystko po to, żeby testy były miarodajne. Akumulatory po takich wieczorach schodziły do 80-70 procent naładowania. Nie zdarzyło się jednak, by panele słoneczne w ciągu kolejnego dnia nie naładowały akumulatorów znów do 100 procent ich pojemności.

Dziś jednak miałem okazję przetestować akumulatory w nieco odmiennych warunkach. Cały dzień spędziłem nad Odrą z widokiem na most Rędziński. (Mam też zamiar spróbować mu zrobić zdjęcie w nocy.) Temperatura na zewnątrz około 22-23 stopni. Pełne nasłonecznienie. W tych pięknych okolicznościach przyrody pracowałem sobie na laptopie (około 9 godzin), a podczas tej pracy puszczałem materiały wideo na tablecie (w końcu mamy mundial, nie?), który również był stale podłączony. W ciągu tego dnia dwukrotnie naładowałem również swój telefon oraz dwa powerbanki. Teraz czas na trochę matematyki, wyliczenia będą wykonywane w dość dużym uproszczeniu i przybliżeniu – mam jednak nadzieję, że będą dla mnie miarodajne. Pod koniec napiszę, w jakim kontekście.

Bateria w laptopie ma pojemność 80Ah i wystarcza na około 4-5 godzin pracy. Można zatem powiedzieć, że w ciągu 9 godzin podczas pracy na laptopie zużyłem około 144Ah (sic!) – czego wcześniej nie kalkulowałem i jestem tym faktem nieco zdumiony. Jednak akurat ten parametr mogłem wyliczyć w miarę dokładnie. Bateria w tablecie ma 10Ah i zwykle wystarcza mi na około 7-8 godzin oglądania filmów wieczorami. Ja oglądałem transmisje sportowe, więc dochodziło wykorzystanie wbudowanego modemu, a i jasność ekranu musiałem podnieść, bo – jak wspomniałem – dzień był bardzo słoneczny. W tym czasie tablet został również doładowany do pełna. Myślę, że możemy z powodzeniem założyć, że zużył około 15Ah. Dwukrotne ładowanie telefonu (praktycznie wyzerowanego), to łącznie około 6Ah. Do tego należy dodać dwa powerbanki, które mają pojemność 10Ah (łącznie 20Ah). Doładowanie akumulatorów do pełna pochłonęło około 40Ah.

Żeby zbytnio nie zagalopować się w tych optymistycznych wyliczeniach pominę ładowanie pomniejszych urządzeń oraz korzystanie z wiatraka (22W). Muszę również wziąć pod uwagę, że niektóre magazyny energii mogą mieć już dawno za sobą czasy swojej świetności, więc ich pojemność może być mniejsza od tej podanej w specyfikacji producenta. Zatem prezentowane wartości podane w Ah mogą być diametralnie różne od stanu faktycznego. Jednak parametry podawane na sterowniku wyglądały naprawdę dobrze – co więcej – wydają się świadczyć o tym, że był jeszcze zapas mocy:

Tym niemniej dla mnie istotny był czas pracy tych urządzeń i to, jaką energię dostarczyły w ciągu dnia panele.

tl;dr: Na podstawie powyższych informacji można uznać, że moje panele słoneczne dostarczyły w ciągu dnia około 225Ah. Jeżeli zatem średnio dziennie dostarczą mi powiedzmy 200Ah będzie to oznaczało dla mnie, że w ciągu dnia naładują mi laptopa i tablet, których baterie dzień wcześniej wyczerpię w całości (raczej się nie zdarza). Dodatkowo naładują do pełna akumulatory pokładowe uprzednio wykorzystane do około 20%. Co również raczej nie będzie miało miejsca – unikam bowiem schodzenia poniżej 70-60%, żeby zbytnio nie skracać ich żywotności (cykli).

Poza tym, trzeba pamiętać o zimie, podczas której dzień jest krótszy, co oznacza mniej ładowania energią ze słońca i dłuższe korzystanie z oświetlenia w kamperze. Sprawność paneli słonecznych zapewne również nieco się obniży. Jeśli nawet będę musiał odpalać agregat (który jest już naprawiony), to będę mógł to robić zdecydowanie rzadziej! I tym optymistycznym akcentem kończę ten nieco techniczny wpis.

Aby jednak złagodzić ten wydźwięk pozostawiam kilka zdjęć obrazujących w jakich okolicznościach przyrody mogłem spędzić dzień przy pracy:

Musicie przyznać, że nijak ma się to, do pracy w czterech ścianach … A przecież właśnie to było w końcu powodem zakupu mobilnego lokum – żebym mógł mieszkać i pracować gdziekolwiek jestem! Ehh, gdybym tak mógł pracować codziennie…

(Przy okazji miałem możliwość przetestować, jak mój telefon radzi sobie z robieniem zdjęć w nocy i muszę przyznać, że jestem zadowolony z rezultatów 🙂 )

Panele słoneczne – ciąg dalszy historii … (część pierwsza)

Panele słoneczne – ciąg dalszy historii … (część pierwsza)

W jednym z moich poprzednich wpisów informowałem o tym, że chciałbym zainstalować sobie panele słoneczne do ładowania akumulatora pokładowego (zabudowy). To był notabene jeden z moich pierwszych wpisów, w którym informowałem o swoich ambitnych planach. (Jeśli nie czytałeś możesz zrobić to tutaj!) Z tego, co tam pisałem niewiele pokryło się podczas realizacji. Ale może zacznijmy od początku.

Plan był taki, żeby zamontować na dachu zestaw paneli dających 300W, do systemu podpiąć przetwornicę do 1000W z czystym sinusem … etc. Koszt całego systemu był dość duży, bo około 10 tys. zł. Zima pozbawiła mnie jednak dużej części oszczędności (ogrzewanie), więc musiałem znowu nieco je zregenerować zanim wznowiłem rozmyślania o montażu paneli słonecznych na dachu mojego kampera. Okazało się, że panele słoneczne (jak co roku) potaniały i mogłem już teraz wrócić do tematu. Znowu czekały mnie kalkulacje, przemyślenia i co najważniejsze – musiały zapaść konkretne decyzje.

Po kilku konsultacjach telefonicznych z mądrymi głowami zacząłem myśleć, że nie potrzebuję aż 300W, a przetwornica 1000W nie będzie mi niezbędna. Więc może lepiej skupić się na tym, aby nie trzeba było szukać prądu za każdym razem, gdy trzeba popracować na laptopie (trzeba Wam bowiem wiedzieć, że agregat zaczął lekko szwankować, ale nie o tym jest ten wpis). Tylko tyle było moim priorytetem na tę chwilę. A może powinienem napisać “aż tyle”?

Przy okazji chciałem od razu przebudować instalację, żeby akumulator umieścić wewnątrz pojazdu (mniejsze prawdopodobieństwo uszkodzenia przy skokach temperatury i przez niskie temperatury zimą). Miałem – prawie wolną – skrzynię pod jedną z kanap i tam postanowiłem umieścić akumulator (lub w przyszłości akumulatory), okablowanie, przetwornicę i byłoby jeszcze miejsce na przepływ powietrza do chłodzenia. Akumulator na pewno miałby tu lepiej niż pod nagrzewającą się od słońca maską, a temperatura zimą na pewno nie spadłaby poniżej zera.

Tak czy inaczej, chciałem już pociągnąć bardziej konkretnie ten temat. Poza tym, miałem już serdecznie dosyć kalkulowania i zastanawiania się:

Czy taka moc wystarczy?
Czy panele elastyczne, to najlepszy pomysł?
Może lepiej byłoby zamontować zwykłe, sztywne panele słoneczne?

Panele słoneczne – sztywne, czy elastyczne?

Sztywne panele słoneczne, to dodatkowe obciążenie dachu. Jeden panel, to waga około 45kg. Do tego system montażu. Przewiercanie się przez dach mogłoby wymagać dodatkowej pracy związanej z demontażem niektórych elementów zabudowy tj. szafki. Poza tym, chciałem montować to samodzielnie (redukcja kosztów), a stosuję do siebie zasadę ograniczonego zaufania w takich kwestiach. Panel sztywny musi się chłodzić, więc odstaje od dachu, a to może powodować, że przy silnych podmuchach (np. podczas jazdy) zamienia się po prostu w żagiel! Nie mam dwóch lewych rąk, ale nie chciałbym, żeby podczas jazdy taki panel oderwał się od dachu i spadł na inne auto, albo – co gorsza – na niespodziewającego się takich “atrakcji” przechodnia. Poza tym opory powietrza mogą dodatkowo podnieść spalanie, co w moim przypadku również nie jest bez znaczenia. Zatem postanowione, kupię monokrystaliczne panele słoneczne w wersji elastycznej. Mniejsza moc jednego panela, ale za to prostszy system montażu, z którym na pewno sobie poradzę. Będę miał mniej mocy z paneli, ale i to powinno wystarczyć.

Zacząłem więc znów poszukiwania w Internecie. I słusznie, bo udało mi się znaleźć coś naprawdę ciekawego: zestaw paneli słonecznych – oczywiście elastycznych – o mocy 200W, przygotowanych do montażu (z okablowaniem zakończonym już wtykami), ze sterownikiem i zestawem do montażu. Cena? 2 ooo zł z możliwością zakupu na raty. Czy to tanio, czy drogo? Dla jednych pewnie dobra okazja. Dla innych dramat – jak to może tyle kosztować? Ja jednak oceniałem to nie tylko przez pryzmat ceny, ale przede wszystkim tego, czy będę w stanie montaż u siebie wykonać samodzielnie. I byłem niemal pewien, że z tym zestawem dam sobie radę.

Paczka z panelami

Paczka z panelami

Co tu więcej mówić, zdecydowałem się na zakup. Panele słoneczne zamówione w czwartek dotarły do mnie już następnego dnia, tuż przed pracą. Zdążyłem jeszcze zrobić zdjęcie paczki i pojechałem do pracy. A ponieważ piątek spędziłem w pracy do godziny 21.00, więc prawdziwa zabawa zaczęła się dopiero nazajutrz …

Sobota

W sobotę zabrałem się za rozpakowanie przesyłki. Naklejki na paczce informujące o tym, że w środku jest delikatna zawartość nie napawały optymizmem. Mogłem jednak spróbować otworzyć paczkę wczoraj. W sobotę mogę mieć ograniczony kontakt ze sprzedawcą, gdyby coś było uszkodzone. Ale karton wyglądał dobrze, więc powoli zabrałem się za otwieranie.

Sterownik CXup20, przelotka dachowa oraz zestaw do montażu Sika

Sterownik CXup20, przelotka dachowa oraz zestaw do montażu Sika

W środku odnalazłem wszystkie niezbędne elementy. Dwa panele słoneczne o rozmiarach 122 cm x 50 cm, zestaw do przyklejenia Sika (aktywator, podkład, klej i jakieś akcesoria do czyszczenia powierzchni), sterownik Phocos CXup20, przelotka dachowa i 5 metrów kabla zakończonego wtykami. Podczas zamawiania tego zestawu wydawało mi się, że te pięć metrów wystarczy w zupełności. Nic bardziej mylnego!

Jeszcze tego samego dnia musiałem pojechać do sklepu z elektroniką po nieco dodatkowych elementów (kabel, gniazda bezpieczników, rurki termokurczliwe … etc.). Po powrocie postanowiłem zająć się przygotowaniem miejsca w środku pod akumulator i przeniesieniem go. Ku mojemu zaskoczeniu podczas tej operacji okazało się, że akumulator zabudowy ma pojemność 55Ah, a nie 75Ah, jak sądziłem. To by rzucało nieco światła na kwestię jego szybkiego rozładowywania.

Zanim jednak przystąpiłem do montażu paneli słonecznych na dachu zrobiłem jedną kluczową rzecz, której nauczył mnie teleturniej “Milionerzy” i skorzystałem z koła ratunkowego: “telefon do przyjaciela”.

Na szczęście okazało się, że Paweł nie ma planów i jest gotowy mi pomóc. Faktycznie, wciąganie tych paneli na dach mogłoby być nieco kłopotliwe w pojedynkę. Panele elastyczne – wbrew temu, co sądzą niektórzy – nie są bowiem zwijane w rulonik. Wręcz przeciwnie, ich promień gięcia jest stosunkowo mały. Gdybym zatem miał je wciągać samodzielnie mógłbym ryzykować ich uszkodzenie. (Tak mi się przynajmniej wydaje.) Poza tym, przy takiej zabawie samo wsparcie moralne okazuje się bardzo motywujące i niemal niezbędne!

Praca szła w najlepsze. Panele słoneczne poszły na dach i została zwymiarowana powierzchnia niezbędna do przygotowania pod ich przyklejenie. Udało się ustalić również optymalne ich ułożenie oraz miejsce wpuszczenia kabli do środka. Nie miałem czasu nawet robić zdjęć, bo – to nie jest przenośnia – uwijaliśmy się jak w ukropie. Tego dnia było naprawdę bardzo gorąco, więc chcieliśmy zejść z dachu kampera jak najszybciej. Nie było nam jednak dane poprowadzić sprawnie naszej pracy do szczęśliwego finału. W kluczowym momencie bowiem pistolet do kartuszy odmówił posłuszeństwa. Co robić, jak żyć? Paweł stwierdził, że ma pistolet w dobrej kondycji w domu, więc pojechał po niego. Ja w tym czasie wewnątrz wykonywałem połączenie instalacji z akumulatorem, a następnie z panelami. Po około 30 minutach Paweł wrócił z nowym pistoletem z Castoramy. Tego swojego nie znalazł. To był kolejny nieprzewidziany wydatek. Dlaczego kolejny? Bowiem doczytałem w instrukcji producenta, że kable połączeniowe powinny mieć minimum 4mm2, a w sklepie kupiłem przewody 2,5mm2, bo Pan-Sprzedawca-Elektryczny-Znawca powiedział, że do instalacji 20A (a takową właśnie miałem do zrobienia) wystarczy taki właśnie przekrój. Może i wystarczy – ja się nie znam – ale wolałem zrobić to tak, jak to zalecił producent, żeby potem nie było. Trzeba było też dokupić oczka przyłączeniowe do akumulatora. Sumarycznie musiałem wydać jeszcze około 150 zł na różne dodatkowe elementy, sprzęty i narzędzia. W końcu jednak panele i przelotkę dachową udało się poprawnie zamocować.

Nad instalacją niezbędnego okablowania również musieliśmy spędzić trochę czasu. Było trochę lutowania (jakby mało mi było gorąca), mocowania się z podłączeniem do już istniejącej instalacji kampera … etc. Faktem jest, że zeszło nam do późnych godzin wieczornych. Musieliśmy się również nieco mocniej zagłębić w instrukcję sterownika i dostępne w nim opcje. Jednak zanim słońce zaszło jego ostatnie promienie pozwoliły nam zobaczyć na sterowniku, że instalacja działa, a akumulator jest ładowany! 🙂

Podsumowując: tego dnia udało nam się wspólnie przygotować podłoże i przykleić panele słoneczne. Podłączyć niemal cały system i przenieść akumulator do środka. Zostało tylko kilka drobnych rzeczy do zrobienia.

Tak mi się przynajmniej wydawało …

Panele słoneczne – ciąg dalszy historii … (część druga)

Panele słoneczne – ciąg dalszy historii … (część druga)

Panele słoneczne znajdowały się już na dachu przyklejone i przykręcone. Akumulator był w środku, a nowa instalacja została połączona z istniejącą. Sterownik obsługuje cały system wydawałoby się bez zająknięcia. Wciąż czekało mnie jednak trochę pracy. Czy była to jedynie kosmetyka? Bynajmniej! Czekało na mnie kilka niespodzianek …

Niedziela

W niedzielę nadszedł czas na podłączenie wyjścia obciążenia sterownika. Tutaj planowałem podłączenie przetwornicy o mocy 200W (kupionej okazyjnie jeszcze przed zimą) oraz dwóch gniazd zapalniczki (12V) oraz USB (2 szt.). Znowu było trochę lutowania, zabawy ze złączkami, kostkami i bezpiecznikami. Podłączenie przetwornicy pozwalałoby mi na ładowanie laptopa bez kupowania dodatkowego zasilacza na 12V. Zasilacz laptopa ma 90W. Więc na przetwornicy byłby jeszcze zapas pozwalający na podłączenie szybkiej ładowarki sieciowej do telefonu, co również znacznie ułatwia życie.

Akumulator od samego rana ładował się z paneli słonecznych …

Rankiem pojechałem do pralni, gdzie spędziłem około dwóch godzin. Podczas, gdy pranie się robiło, ja pracowałem na laptopie. Po tym czasie sprawdziłem stan poziomu naładowania akumulatora. Jedna kreska nie wyglądała obiecująco i byłem tym faktem nieco przygnębiony. Postanowiłem skontaktować się z jedną z bliskich mi osób – na potrzeby wpisu nazwijmy ją Wojciechem* – która jakiś czas temu wspominała, że ma na zbyciu dwuletni akumulator żelowy o pojemności 70Ah. Chwilę porozmawialiśmy i ustaliliśmy, że jakoś “przy okazji” załatwimy temat. Tymczasem ruszyłem na drugi koniec miasta.

Panele słoneczne nadal ładowały akumulator … minęło kilka godzin, a na wyświetlaczu sterownika wyświetlona jedna kreska z dostępnych czterech.

Po powrocie na moje stałe miejsce przyszedł czas na podłączenie systemu wyjściowego do sterownika i jego testy. Przetwornica niepokojąco piszczała przy włączaniu. Pisk był przez około sekundę i w tym czasie paliła się dioda obok złowieszczego napisu Fault. Potem jednak wszystko wydawało się działać normalnie. Próbowałem sobie przypomnieć, czy gdy podłączyłem ją do gniazda zapalniczki zaraz po zakupie miała podobne objawy. Byłem niemal pewien, że tak nie było.

Do przetwornicy podłączyłem przedłużacz, w który wpiąłem zasilacz laptopa i kilka ładowarek, aby sprawdzić jej działanie na maksymalnym wymaganym i dostępnym dla mnie obciążeniu. Wydawało się, że wszystko działa. Odłączyłem zatem odbiorniki dodatkowe, aby sprawdzić ile czasu zajmie naładowanie akumulatora do pełna.

Akumulator dalej się ładował … Sterownik pokazywał dwie kreski i napięcie około 12,5V. Niepokojące było to, że w systemie przewidzianym dla akumulatora 100-200Ah, panele słoneczne miały problem z naładowaniem do pełna akumulatora o pojemności 55Ah.

W międzyczasie Wojtek ponownie zadzwonił i powiedział, że jeśli jest taka potrzeba, to postara się ogarnąć temat szybciej. Nie lubię nikomu robić kłopotu, więc nie bez mieszanych emocji powiedziałem, że w sumie im szybciej tym lepiej, bo akumulator wydaje się być u kresu sił, a poza tym jest dużo za mały do pracy w tym systemie według wskazań producenta.

Kolejne godziny mijały. W tym czasie również jeździłem trochę kamperem, więc akumulator dodatkowo był doładowany z alternatora. Po kilku kolejnych godzinach na sterowniku pojawiły się cztery kreski oznaczające 100% naładowania. Radość moja jednak nie trwała długo. Tuż po zgaszeniu silnika spadła jedna kreska, a sterownik zapiszczał złowrogo trzykrotnie (taki system informujący o spadku do określonej wartości).

Przypomnę, że w tym czasie nie było podłączonego żadnego obciążenia do akumulatora. Co gorsza, dosłownie kilka minut później nie było już kolejnej z czterech kresek informujących o poziomie naładowania akumulatora, a sterownik wydał aż pięć sygnałów ostrzegawczych. Niech Was nie zmyli uśmiechnięta buźka na sterowniku … Niestety, ten pacjent odchodził …

Jego odejście oznaczało dla mnie kolejne wydatki, a na to nie byłem przygotowany. Myślałem, że uda się poczekać miesiąc, może dwa, zanim zakupię przynajmniej 100Ah akumulator. Podczas dnia bowiem mogłem naładować przy pomocy systemu wszystkie urządzenia i tak naprawdę większa pojemność akumulatora nie byłaby potrzebna. Jeśli jednak przez wzgląd na akumulator miałaby mi przestać chodzić pompa wody, to robiło się już nieciekawie. Co ciekawe oświetlenie, które wymieniłem na ledowe spisywało się całkiem nieźle. Jedynym objawem braku mocy w akumulatorze był fakt, że światło praktycznie gasło po odkręceniu wody i załączeniu się pompy.

Po jakimś czasie Wojtek znowu zadzwonił i powiedział, że następnego dnia postara się przywieźć mi nie jeden, a dwa (sic!) akumulatory 70Ah.

Poniedziałek

Po nieprzespanej nocy obudził mnie telefon.  Godzina na zegarze 6.49. Kto mógł dzwonić tak wcześnie?

Dzwonił Wojciech informując mnie, że jest 3 minuty od mojej lokalizacji. Nawigowałem go przez telefon na sam parking jednocześnie naciągając na siebie ubranie. Byłem w szoku! Wojtek bowiem miał do mnie sporo kilometrów, a jego przyjazd o tak wczesnej porze oznaczał, że od siebie musiał wyjechać około czwartej w nocy. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się tego z jego strony, bo pomimo tego, że jest to bliska mi osoba, to ostatnio kontakt mieliśmy dość mocno rozluźniony. Z tego miejsca jeszcze raz pragnę mu podziękować! Kwota, którą mu wręczyłem za te akumulatory i  okazane zaangażowanie z pewnością nie była wystarczająca do tego, by w pełni okazać moją wdzięczność!

Kilka godzin później akumulatory były podłączone równolegle przewodami 10mm2, które udało mi się kupić w Castoramie.

Dwa akumulatory 70Ah połączone równolegle przewodem 10mm2

Dwa akumulatory 70Ah połączone równolegle przewodem 10mm2

Przy okazji kupiłem jeszcze silikon, żeby dodatkowo uszczelnić połączenia na dachu (panele słoneczne i przelotka) oraz kilka innych akcesoriów do lepszego zamontowania paneli oraz ich okablowania.

Stary akumulator został jeszcze przeze mnie finalnie sprawdzony, a następnie odstawiony na pobliskie cmentarzysko dla akumulatorów …

Wtorek

Dziś, gdy opisuję to wszystko na laptopie jest godzina 22.47 (opublikuję pewnie dopiero jutro, bo muszę jeszcze raz to wszystko przeczytać i wstawić stosowne zdjęcia). Stan energetyczny jest następujący. Laptop ma 70% baterii. Pozostałe urządzenia (tablet, telefon, powerbanki … etc.) również są naładowane. A sterownik pokazuje 94% naładowania akumulatorów pokładowych. Przypominam, że akumulatory nie są nowe. Przez dwa lata były eksploatowane i to dość intensywnie z tego, co mi wiadomo. Od zachodu słońca minęło już trochę, a przetwornica chodziła jeszcze około godzinę po nim.

Panele słoneczne – krótkie podsumowanie

Wygląda to dość optymistycznie. Panele słoneczne zdają u mnie swój egzamin. Mówi się co prawda, żeby nie chwalić dnia przed zachodem słońca, ale skoro u mnie już zaszło … 😉 Cóż, pożyjemy, zobaczymy. Najważniejsze dla mnie jest to, że mogę naładować baterię laptopa bez odpalania agregatu, a przy okazji zrobiłem kolejny krok w kierunki realizacji mojego marzenia o maksymalnej niezależności!

Co ciekawe, choć przy okazji nabyłem nieco nowej wiedzy, mimo to jestem trochę bardziej zielony** 😉

 


* Imię zostało zmienione ze względu na chęć pozostania anonimowym.
** W kontekście całego wpisu: bardziej ekologiczny. Taka gra słowna dla bardziej obeznanych 😛