Kolejny krok wykonany – kamper jest już moją własnością. Plan jest realizowany niemal ekspresowo. Tylko czy to wszystko nie dzieje się zbyt szybko?

Pan Jarek przyjechał po mnie, tak jak obiecał – złoty człowiek. Co prawda był nieco później niż się umawialiśmy, ale może to zasługa tego, że jechał z małżonką, albo tego, że ulica Kolista, to koło, więc mógł po niej pojeździć nieco dłużej niż planował 🙂 – mam nadzieję Panie Jarku, że nie ma mi Pan tego za złe, że o tym wspomniałem 😉 W każdym razie około 10:30 ruszyliśmy w podróż do Zbąszynia.

Pani Basia – niezwykle urocza kobieta – zabawiała mnie rozmowami o “życiu i śmierci”, a Pan Jarek bezpiecznie wiózł nas do celu. Trzeba Wam wiedzieć, że Pan Jarek wcale się nie spieszył, tempo można powiedzieć było wycieczkowe, co dobrze wróżyło również jeśli chodzi o stan silnika w kupowanym przeze mnie pojeździe. Po drodze miałem okazję obejrzeć również zdjęcia z wakacji Pana Jarka i jego małżonki. Muszę powiedzieć, że odwiedzone przez nich miejsca wyglądają imponująco i mam nadzieję, że i mnie dane będzie je obejrzeć. Laika drogę już zna! 🙂

Tak, mój kamper nazywa się Laika, a dokładnie Laika Ecovip 400. Auto, to poczciwy Ford Transit, który swój żywot rozpoczął w roku 1994, ale na drogi wyjechał dopiero trzy lata później. Silnik o pojemności 2500 cm3, goszczący u siebie dość pokaźne stadko około 100 koni (być może kilka już zdechło, ale to by trzeba było już sprawdzać na hamowni, a nie mam tego na razie w planach). Skrzynia manualna, 5-cio biegowa. To na razie tyle jeśli chodzi o informacje techniczne.

W trakcie podróży rozmawialiśmy również o tym, czym się zajmuję i poruszyłem temat robienia stron internetowych. Okazało się, że firma Pana Jarka nie ma własnej strony, więc przy okazji porozmawialiśmy chwilę o możliwości zrobienia strony internetowej dla niego. Kto wie, być może coś się z tego urodzi – mamy pozostać w kontakcie w tej kwestii. Gdy zaczęliśmy zbliżać się do miejsca docelowego (>50 km) zaproponowałem, żebyśmy zajechali na stację benzynową, żeby Pan Jarek zatankował auto, a ja zapłacę za paliwo, ale nie było takiej woli (no złoty człowiek!).

Po dotarciu na miejsce i załatwieniu formalności przy kawie i ciastkach (sic!) jeszcze raz dokonaliśmy inspekcji kampera. Tym razem nie tylko patrzyłem, ale wykonywałem osobiście wszystkie czynności obsługowe. Pan Jarek chciał mieć pewność, że dobrze się jego “pieszczochem” zaopiekuję. Test chyba zaliczyłem pozytywnie, bo żadnych uwag nie pamiętam. Przy okazji jeszcze porozmawialiśmy o moich planach zmiany wyposażenia takich jak np. wymiana oświetlenia na bardziej oszczędne oświetlenie led. Następnie Pan Jarek zatankował mi zbiornik na wodę czystą (100 l.), a bak paliwa zastałem zatankowany w połowie! Jeśli kupowaliście kiedyś auto, to wiecie, że to zwykle się nie zdarza. Zazwyczaj ilość paliwa jest praktycznie wyliczona do najbliższej stacji, gdy tymczasem ja mogłem na tym spokojnie wrócić do Wrocławia!

Żegnała mnie cała rodzinka – Pan Jarek, jego żona, syn i mama. Pan Jarek zapowiedział, że będzie z uwagą śledził mojego bloga (serdecznie pozdrawiam!) i kazał dać znać, gdy dojadę na miejsce. Cała ta przesympatyczna rodzinka trzyma kciuki za realizację moich planów i mam nadzieję, że ogromną radość sprawi im czytanie, jak mogli się do tego przyczynić. A w przyszłości mam nadzieję, miło im będzie czytać o dalszych losach auta kempingowego, które sami użytkowali przez ponad 10 lat.

Kamper rusza w drogę do Wrocławia

Nie miałem problemu z odnalezieniem się za kółkiem. Doświadczenie z jazdy ciężarówkami się przydało. Auto prowadzi się tak komfortowo, że zrobiłem po drodze tylko dwa postoje, ale bardzo krótkie 😉 Skrzynia biegów chodzi zaskakująco dobrze, jak na auto w takim wieku. Kamper dostał jedynie małej zadyszki na wzniesieniu pod Trzebnicą, gdzie musiałem zredukować do trójki. Być może gdyby nie te wszystkie remonty mógłbym wjechać pod górkę z większą prędkością początkową i aż taka redukcja nie byłaby potrzebna. W każdym razie z mniejszymi wzniesieniami kamper nie miał żadnych problemów. Droga upłynęła mi szybko, choć minęły aż trzy godziny zanim dotarłem do miejsca docelowego.

Kampera postawiłem w bezpiecznym miejscu i zacząłem zmierzać do domu z myślą o załatwieniu mu docelowo postoju na parkingu strzeżonym. Przechodząc obok parkingu zauważyłem jednak młode małżeństwo, które właśnie go opuszczało. Postanowiłem podpytać, z kim powinienem się kontaktować w sprawie postawienia auta i płatności. Okazało się, że w budce na parkingu jest kartka (niewidoczna z ulicy) z numerem telefonu komórkowego oraz cennikiem. Po szybkim obadaniu treści zdecydowałem się zadzwonić.

Pan Marek odebrał telefon i po chwili ustaliliśmy, że w ciągu kilku minut podejdzie, żebym mógł wstawić Laikę do strzeżonej zagrody. Przypominam: jest sobota, po godzinie dwudziestej! Pan Marek – kolejna dobra dusza! – pojawił się bardzo szybko, a ja zająłem wolne miejsce. W poniedziałek mamy dogadać wszystkie szczegóły – również te dotyczące płatności.

Również w poniedziałek mam zamiar wykonać wszystkie pozostałe czynności związane z wizytą w Urzędzie Miasta (przerejestrowanie pojazdu) i Urzędzie Skarbowym (opłacenie podatku od wzbogacenia). Do tego chciałbym załatwić formalności związane z ubezpieczeniem. Zapowiada się długi dzień.

Kilka słów o dalszych planach na przyszłość

Ponieważ konie znajdujące się pod maską żywią się nie owsem, a olejem napędowym, dlatego zastanawiam się nad montażem ogrzewania postojowego w stylu webasto, które wraz z termostatem i/lub zegarem mogłoby być znakomitą alternatywą dla ogrzewania gazowego. Do tego wymiana oświetlenia na bardziej energooszczędne (żarówki i listwy led). Montaż paneli solarnych oraz dodatkowego akumulatora niskiego rozładowania (a być może nawet dwóch) do części mieszkalnej. Dobrze byłoby też dwie 11 kg butle gazowe zastąpić zbiornikiem, który można tankować z dystrybutora na stacjach benzynowych.