Rejestracja kampera z przygodami

22.08.2017 | Kamper, Ogólne | 3 Komentarze

Poniedziałek rozpocząłem wcześnie, wszak ten dzień zapowiadał się pracowicie, bo rejestracja kampera, to nie jest “bułka z masłem”. Jednak na to, co miało nastąpić, chyba nie byłem przygotowany.

Urząd Miasta

Pojawiłem się po godzinie 8 rano. Numerek 36, 9 osób oczekujących przede mną, nie jest źle. Zdążyłem wypełnić niezbędny dokument, przygotować stary dowód rejestracyjny, tablice, umowę kupna-sprzedaży i cierpliwie czekałem na swoją kolej. Z samego rana jednak w urzędzie pojawiają się nie tylko zwykli Kowalscy, ale również firmy, które załatwiają więcej niż podstawowy zestaw formalności. Tak też było i dzisiaj. Jeden z przedstawicieli takiej firmy kursował między aż czterema okienkami – w każdym chyba załatwiając inny pojazd. Wesoło. Ale wróćmy do mnie. Bo oto na tablicy świetlnej dumnie wyświetla się numer wskazany na moim – nieco już stłamszonym – bileciku kolejkowym.

Urzędnik w okienku uśmiechnięty.

Dzień dobry! Chciałbym zarejestrować kampera – powiedziałem, po czym dodałem dla pewności – czyli pojazd specjalny, kempingowy.

W odpowiedzi usłyszałem pytania kontrolne, sprawdzające czy wszystko jest i dalej zaczął mierzyć się z dokumentami. Jego brwi podczas lektury nieco  falowały, a po chwili marszczyły się niebezpiecznie. Nie zwiastowało, to nic dobrego. W końcu jednak odezwał się do mnie:

Czyli karty pojazdu nie ma, tak?

No, nie ma, nie była wydana, w dowodzie jest tak napisane.

Tak, ale w dowodzie jest dużo napisane i dużo nie napisane. Brakuje mi tu informacji.

(Toż przecież samochód zarejestrowany, to jak może czegoś brakować – pomyślałem – no, ale dajmy mu szansę, niech wytłumaczy, czegóż to mu tam niby brakuje.)

Nie ma na przykład wskazanej mocy silnika … dopuszczalnego nacisku na oś …

No, ale to jest potrzebne? Przecież dowód jest wydany, prawda?

No jest, a ja dokumentów nie mogę puścić dalej bez tych informacji.

To co teraz? – pada dość istotne pytanie w obecnej sytuacji.

– Dam Panu skierowanie na okręgową stację i tam Panu wystawią dokument z tymi danymi. I ten dokument trzeba będzie do mnie dostarczyć w przeciągu siedmiu dni. Wtedy dokumenty wyślę dalej.

– Jakąś konkretną stację Pan poleci, gdzie będę w stanie to załatwić jeszcze dzisiaj?

– Nie bardzo, ale to Pan sobie znajdzie. Nieważne która, ważne, żeby była okręgowa. Ah, a jak Pan wróci, to już nie musi Pan brać biletu tylko proszę do mnie podejść poza kolejką. Tymczasem Pan dokona opłaty, a ja wydam Panu dowód tymczasowy i tablice, żeby mógł Pan wszystko pozałatwiać.

Uiściłem zatem stosowne opłaty, odebrałem dowód tymczasowy oraz tablice i ze skierowaniem do diagnosty wyruszyłem w dalszą podróż. Rejestracja kampera ukończona w około 75 procentach.

Urząd Skarbowy

Po wizycie w UM stwierdziłem, że nie dam sobie zepsuć planu dnia i najpierw załatwię to, co sobie zaplanowałem. Pojechałem do Urzędu Skarbowego na Ostrowskiego. Wypełnienie druku PCC-3 na szczęście nie było skomplikowane. O tym, że wypełnieniem tego właśnie dokumentu powinienem się interesować dowiedziałem się od wujka … oczywiście wujka Google. Wypełniłem, podpisałem i dalej do okienka. Tam kolejka, niedługa, ale jednak. Postałem więc chwilę w kolejce, aby dowiedzieć się, że z tym drukiem, to do pokoju 101 (albo 111, już nie pamiętam) na I piętrze.

Zapukałem do drzwi i wchodzę. Jedna osoba rozmawia przez telefon. Innych osób brak. No to ja rakiem wycofałem się do poczekalni. I czekam.

Upłynęło kilka minut, wychodzi Pani i pyta:

– Pan do mnie?

Na końcu języka miałem: “nie, do tej drugiej, niewidzialnej”, ale zamiast tego wyrwało mi się krótkie: “tak”, po czym zostałem zaproszony do pokoju.

Dokument został sprawdzony, a następnie w jednym miejscu poprawiony. Urzędniczka sprawdziła, czy dotrzymałem obowiązującego terminu i zapytała, jak chcę dokonać opłaty – przelewem, czy w kasie. Nie byłem przygotowany na aż taki postęp w Urzędzie Skarbowym i miałem gotówkę przy sobie, więc odparłem, że w kasie.

– To proszę zejść do kasy z tym dokumentem i niech od razu Pan tam skseruje, a jak Pan wróci, to ja Panu podbiję, że deklaracja dzisiaj złożona.

W kasie zostawiłem 1107,50 zł, ale spotkała mnie miła niespodzianka – nie musiałem wypełniać żadnego druku. Pani w okienku wypełniła go za mnie na podstawie przekazanej deklaracji. Nieco dziegciu stanowi fakt, że zapłaciłem za to 5,50 zł, ale przecież mogłem nie tylko to zapłacić, ale i samodzielnie wypełniać, prawda? 🙂 Dodatkowe 2 zł, to opłata za ksero dwóch stron w formacie A3.

Po powrocie do pokoju Pani sprawdziła opłatę, podbiła dokument i to było wszystko. Obywatelski obowiązek spełniony.

Okręgowa Stacja Kontroli Pojazdów

To już godzina 12:00, ale może jeszcze dzisiaj zdążę wrócić do Urzędu Miasta z dokumentem z dodatkowego przeglądu technicznego. Pojechałem do domu odstawić motocykl. Sprawdziłem w Internecie, gdzie mam najbliższą OSKP i wyruszyłem w nieplanowaną na dziś podróż kamperem.

Na miejscu przywitał mnie zmęczony życiem osobnik, który zapytał o cel wizyty. Wręczyłem mu skierowanie od razu zaznaczając, że to na pewno błahostka, bo nie na przegląd, a tylko uzupełnienie dwóch informacji brakujących w starym dowodzie rejestracyjnym. Osobnik uświadomił mnie, jak bardzo się mylę, po czym kazał mi otworzyć maskę i czekać przy pojeździe. On zaraz podejdzie.

Podszedł kilka minut później w ręku dzierżąc – niczym służbowe berło – latarkę. Przyszedł, pooglądał, pomruczał i powiedział, że trzeba znaleźć tabliczkę znamionową, ale on teraz ma kolejkę aut i na kanał trzeba czekać. Bez tego ani rusz. A tak w ogóle, to mogę sam spisać numery z tej tabliczki i on mi wtedy wystawi dokument.

Ruszyłem w drogę do Dominika. Dominik, to moja dalsza rodzina, ma własny warsztat samochodowy na Reymonta. I tak byłem z nim umówiony na oględziny auta, bo chcę, żeby mi wymienił olej i chciał sprawdzić, jakie filtry dla mnie zamówić. Ma kanał, no to mi pomoże, nie? Ano nie. Ale bynajmniej nie chodzi o brak chęci, ale o to, że moje auto nijak nie wjedzie do niego na warsztat. Obok stacja kontroli (ale nie okręgowa), tutaj też wjeżdżałem z duszą na ramieniu. Auto – pomimo podniesienia bramy do samego końca – weszło na styk. Prowadzi ją kolega Dominika, który zgadza się mi pomóc. Po wjechaniu na kanał szukamy tabliczki, ale wpis od niego niewiele mi da, więc dostaję namiar na inną OSKP i ruszam w drogę uprzedzony, że mam nie mówić, kto mnie do nich skierował, tylko dać dokumenty i czekać, aż zrobią swoje. Nie pożegnałem się nawet z Dominikiem – jest 13:00, a ja chcę to dzisiaj załatwić, więc z tego pośpiechu zapomniałem, że przyjechałem tutaj do niego i miałem się z nim dogadać co do wymiany oleju.

Na kolejnej stacji musiałem również chwilę poczekać. Nic nie mówiłem – tak, jak mi doradzono – tylko przekazałem dokument i czekałem na dalsze instrukcje. Pokazywałem tabliczki znamionowe, o których istnieniu wiedziałem, ale to nie były te właściwe. Padło polecenie: “Proszę skręcić koła w lewo.” Zrobiłem to i po chwili Pan diagnosta z szerokim uśmiechem na twarzy poszedł do biura. Wyszedł stamtąd z telefonem i znów pochylił się przy prawym przednim kole. Po chwili wyprostował się i powiedział: “Zapraszam do biura.

W biurze otrzymałem informację, że udało się wszystkie brakujące informacje ustalić, za dokument należy się 60 zł i ogólnie, że fajne auto. Teraz z dokumentem w ręku na parking, a z parkingu motocyklem do urzędu. Jeżeli ktoś jednak w tym miejscu pomyślałby, że to już szczęśliwe zakończenie tej historii, to trochę by się pomylił …

O godzinie 14:30 byłem ponownie przy okienku w Urzędzie Miasta. Pan urzędnik sprawdził otrzymany przeze mnie dokument z należytą pieczołowitością – i chwała mu za to! Okazało się bowiem, że Pan diagnosta pomylił rok produkcji z datą pierwszej rejestracji. Lepiej, że to wyszło teraz, niż dokumenty miałyby być cofnięte z Warszawy, prawda? Następnie sam zadzwonił do diagnosty, zlecił poprawienie dokumentu, a ja znów ruszyłem motocyklem przez miasto, aby zdążyć dostarczyć dokument do godziny 15:30. Rejestracja kampera trwa już pół dnia!

Pan diagnosta nie przeprosił za pomyłkę, ale szeroko się uśmiechnął, gdy mnie zobaczył. Odpowiedziałem tym samym, cóż mi bowiem pozostało? Koniec końców pomyłki się zdarzają nawet najlepszym. Najważniejsze żebym zdążył wrócić do okienka na czas. Dokument już na mnie czekał, więc była na to duża szansa.

Rejestracja kampera ukończona w niemal 100 procentach!

Dostarczenie dokumentu nie obyło się bez półuśmiechów z komentarzem o tym, jakie to się rozwija prędkości na mieście. Wspomniałem jedynie, że nie jechałem aż tak szybko, po prostu dzięki temu, że jechałem motocyklem mogłem ominąć korki. Nie do końca było to zgodne z prawdą. Stadko 140 koni w 230 kilogramowym motocyklu lubi sobie czasem pogalopować 😉

Dość powiedzieć, że o godzinie 15:30 byłem już w domu. Tablice były zmienione. Ja byłem już pieruńsko głodny, a jakieś priorytety trzeba w życiu mieć, prawda? Pozostało jednak jeszcze kilka kwestii niezałatwionych (między innymi kwestia wymiany oleju, dodatkowa ramka na tablicę umieszczoną na bagażniku na rowery … etc.). Tak to właśnie bywa z urzędami. W jednym nie widzą przeszkód żeby zarejestrować pojazd, a w drugim rejestracja kampera już nie idzie tak gładko. Pojazd zarejestrowany w jednym urzędzie jest niezdatny do rejestracji w innym. Ktoś może powiedzieć: “Przepisy się zmieniły.” Być może, ale gdybym nie miał całego dnia do dyspozycji, to ile by mi to zajęło – tydzień?

Tego dnia skontaktowałem się jeszcze z ubezpieczycielem celem przepisania polisy na nowe dane (właściciel pojazdu, numer rejestracyjny … etc.). Otrzymałem dość ciekawą informację zwrotną, którą nie omieszkam się z Wami podzielić. Otóż firma ubezpieczeniowa Generali, co prawda ma swoje biuro we Wrocławiu, jednak jest ono zamknięte, ponieważ stanowi jedynie bazę wypadową dla przedstawicieli mobilnych. Z przedstawicielem mobilnym jednak mnie przemiła Pani – z którą rozmawiałem przez telefon – nie umówiła, lecz przekazała informację, jakie dokumenty mam przesłać mailem. Mail poszedł wraz z dyspozycją przesłania poprawionych dokumentów – w tym zielonej karty. Do chwili obecnej nie dostałem nawet zwrotki.

Z pozostałych bieżących informacji: Dominikowi wysłałem VIN, to pozwoli mu zamówić odpowiednie filtry na wymianę (prawdopodobnie w środę). Na czwartek jestem umówiony na oględziny auta przez Pana Marcina, który chce podjąć się instalacji paneli słonecznych. Mam poznać zakres możliwości i ustalić koszty. Dzisiaj jest już trochę luźniej, ale czeka mnie praca przy komputerze. Po dniu pełnym wrażeń przyda mi się dzień nieco wolniejszy, w którym na spokojnie zaplanuję sobie kolejne działania. Najważniejsze, że rejestracja kampera została już prawie zakończona, teraz pozostaje mi tylko czekać na “twardy” dowód. Dodatkowo muszę się zająć kwestią bagażnika na rowery. Tam nie ma ramki, a dodatkowa tablica jest przymocowana nitami na stałe. No i trzeba zdjąć starą naklejkę z szyby. To też będzie ‘chwila’ roboty.

Pozostań w temacie:

Test żarówki 100W

Test żarówki 100W

Po zakupie nowego regulatora paneli słonecznych (więcej o tym we wpisie: Na co poszły pieniądze moich Patronów?)...

3 komentarze

  1. Michał

    Norma w naszych urzędach. Kuriozalny jest przepis co do uchwytu na rowery zasłaniający tablicę. Nie można w pełni legalnie dorobić trzeciej dodatkowej tablicy, a tablicy z samochodu nie można zamontować na stojaku bo… przepis nakazuje że musi być na pojeździe. I koło się zamyka. A co do hologramu z szyby, idealnie schodzi ścinana nożykiem od tapeciaka.

    Odpowiedz
    • Artur

      Michał, dzięki za informację. Myślałem, że tablica tylna może być zamontowana na stojaku rowerowym 🙂 Jednak po przeczytaniu Twojego komentarza od razu zadzwoniłem do urzędu z pytaniem o trzecią tablicę i okazuje się, że nie ma z tym problemu. Wystarczy zapłacić 53 złote i zaczekać około trzech dni roboczych 😉

      A co do naklejki… Najpierw ją podgrzałem suszarką do włosów, następnie oderwałem i wyczyściłem miejsce po kleju benzyną ekstrakcyjną. Nie powiem, że było bardzo łatwo, ale nie było to też wyjątkowo trudne. A poza tym oderwanie tej naklejki bez śladu po prostu nie może być łatwe (mam tutaj na myśli szybką podmianę tablic i ucieczkę kradzionym pojazdem).

      Odpowiedz
  2. Maciej

    Kilka lat temu miałem szybę do wymiany w samochodzie. W związku z tym , że miałem ubezpieczenie szyb w pojeździe pojechałem do wskazanego przez ubezpieczyciela warsztatu i tam za drobne 20-30 zł przeklejono mi naklejkę na nową szybę. Tym samym ominęły mnie korowody z duplikatem naklejki w wydziale komunikacji.

    Odpowiedz

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *